DZIECI Z DWORCA ZOO...DIV>
Moze tytul brzmi troszke zbyt dramatycznie...Nie, Mamusiu od narkotykow trzymam sie z daleka. Tyle tylko, ze od kilku dni 'mieszkam' na dworcach autobusowych. Moze nie tyle mieszkam, ale spedzam na nich zdecydowanie za duzo czasu, kapie sie tam i zywie. A to dlatego, ze od jakiegos czasu jestem w ciaglej podrozy, zmienia mi sie tylko krajobraz za oknem, numer siedzenia i standard autobusu. Goni mnie czas, bo wypadly mi dwie nieplanowane doby w Brazylii, po prostu ugrzezlam w jakis dziurach i nie bylo rady. A 8 wrzesnia musze byc w Cuzco(Peru), bo mam zarezerwowany Inka Trail. To jest czterodniowy treking, ktory konczy sie wschodem slonca na Machu Picchu. Taka mala szkola surwiwalu, troche nadmuchana i przereklamowana, hit turystyczny. Ale co, trzeba przetestowac na wlasnej skorze, zeby miec swoje zdanie.
Aktualnie jestem znow w Boliwii i dzis spie w hostalu!!! Hurra!!! Miejsce dla, ktorego nadrobilam setki kilometrow nosi wdzieczna nazwe Potosi i jest niewiarygodne. Male miasteczko gornicze, jak na Boliwijskie warunki to calkiem niezle prosperujace. Ma za soba lata swietnosci i slawy, XVIw bylo najbogatszym i najbardziej luksusowym miastem w Ameryce Poludniowej!!! A to dzieki zlozom srebra. Jesli jestem juz przy moich ulubionych, jakze typowych dla gatunku ludzkiego 'naj', to Potosi jest takze najwyzszym miastem swiata (4070m). Ten fakt akurat daje sie we znaki, ale o objawach choroby wysokosciowej pisalam juz nie raz. Wrocmy do Brazylii...
Na polow teczy...-Iguazu do Foz(Brazylia)
'Chcez zlowic tecze, jedz do Iguazu.' Moj slogan reklamowy brzmi chyba lepiej niz oryginalny: 'Iguazu, tam sa najdluzsze tecze swiata.'(a to wszystko przez 'naj' znowu). Tak, czy inaczej nie klamia. Wielka woda toczy boj ze sloncem, a korzysta z tego tecza, ktora moze sie narodzic, choc na chwile, na czas boju.
Bedac w Argentynie nie moglam sie oprzec pokusie obejrzenia wodospadow Iguazu z brazylijskiej strony. Ruszylam do Brazylii bedac przekonana, ze nic mnie juz nie zaskoczy. A zaskoczylo...Ta woda jest niesamowita, przebila nawet Niagare. I co wazne, w przeciwienstwie to rywalki z USA nie byla podswietlona tysiacami kolorowych swiatel. W Stanach brakowalo tylko pokazu swiatlo-dzwiek. Wielka woda, i Argentyka i Brazylijka, sa bardzo naturalne, jak je Pan Bog stworzyl.
Po Brazylijskiej stronie, na horyzoncie widac las tropikalny i nagle...dziura. Wielka, a z jej wysokich scian spadaja ogromne ilosci wody. Kazda z kropli chce byc pierwsza. A las przyglada sie spokojnie. Mysle, ze wlasnie tak, pierwsi zeglarze wyobrazali sobie skraj swiata. Ja tak sobie wyobrazalam... Oszalamiajaca przyroda i sporo zwierzt. W moim rankingu prowadzenie objal tukan. Az ciezko uwierzyc, ze ptak moze wygladac tak idealnie i tak do przytulania. Przyjrzalam mu sie z bliska i ma...pluszowy dziob, jak Boga kocham. Pumy ani zadnego wielkiego i krwiozernego kota nie spotkalam, ale przy wejsciu do parku narodowego dostalam ulotke. Strasznie mnie rozbawila. Wiec, jak spotkasz duzego kota, to:
-zachowaj spokoj, absolutnie nie uciekaj
-wycofuj sie powoli
-kontakt wzrokowy jest niezbedny
Gdy kotek wykaze agresje:
-sprobuj wydac sie wiekszym niz jestes (to jest moj ulubiony punkt)
-absolutnie, nie udawaj martwego (ten tez calkiem lubie)
-wymachuj rekami
-wejdz na pien lub kamien, nidgy na drzewo
-jak cie zaatakuje, odepchnij go silnie (tez calkiem niezle)
Iguazu dziela miedzy soba 3 panstwa. Trzecim szczesciarzem jest Paragwaj, ale spotkalam kilku backpackerow, ktorzy radzili:'Wszystko tylko nie Paragwaj!!!' No wiec nie pojechalam.
Wracajac do Barazylii...Spedzilam tam wiecej czasu niz planowalam, ale nie zaluje. Pierwszego dnia bylo troche ciezko, bo przed oczami mialm ciagle 'Miasto Boga'. Na widok dziewieciolatka przechodzilam na druga strone ulicy. Portugalski, ktory rozni sie jednak znacznie od hiszpanskiego, tez odbieral mi troche poczucie bezpieczenstwa. Swoja droga, to piekny jezyk...i zaczne sie go uczyc zaraz po hebrajskim, hihihi. Niezwykle dzwieczny, doskonaly material na sztuke wszelkiego rodzaju, przyjmujaca postac slowna. Do tego wszystkiego doszedl jeszcze lejacy sie z nieba zar. Temperatura, ktora topi czlowieka nie pytajac go wcale o zdanie.
Kultura, zdecydowanie dotykowa!!! Rozmawisz sobie z kims i prosze bardzo...a to cie poklepie po plecach, a to po ramieniu, chwyci za dlon, podladzi po brodzie lub poliku. Mnie zdarzylo sie to tylko z facetami, ale jestem pewna, ze z kobietami jest podobnie. Brazylijczycy potrzebuja dotyku i koniec, tak samo jak potrzebuja slonca i samby. Pary osciskuja sie wszedzie i bez przerwy. Rozmawialm na ten temat z pewnym Brazylijczykiem. Powiedzialam mu, ze ja bym umarla gdyby mnie ktos tak caly czas tarmosil. On mi na to, ze pewnie, bo w Europie pary to chodza obok siebie, a nie ze soba. A gdy pan idzie obok swojej pani, to ona rozglada sie za innymi panami, a to jest w Brazylii nie do przyjecia. Wiec to wieczne obsciskiwanie to rodzaj prewencji, chyba...
Ludzie piekni, do zjedzenia!!! I potwornie wrecz uczynni. Nie spotkalam sie z taka dawka sympatii i dobrej woli w zadnym kraju. Nie tylko podchodza do zagubionego turysty, ale nie odstapia go na krok dopoki wspolnymi silami nie rozwiaza problemu.
Ostatnia brazylijska noc spedzilam w Corumba, przy samej granicy z Boliwia. Mialam sie szybciutko przesiasc z autobusu do boliwijskiego pociagu, ale...mowa tu o Boliwii, wiec nici z tego.
Ja Wsciekla: 'Przepraszam pana bardzo, to kiedy ten pociag odjedzie?'
Pan Boliwijczyk: 'Moze jutro, moze w srode, moze w przyszla srode, moze nie odjedzie wcale.'
Az sama sie dziwie, ze takie rzeczy wyprowadzaja mnie jeszcze z rownowagi. To przeciez Boliwia, a Boliwia to synonim przygody. W tym kraju wszystko jest przygoda, przejazd autobusem, wizyta w toalecie, w restauracji. Nie da sie tego opisac, to trzeba przezyc...bo nie sa to takie przygody na cale zycie, ktore sie opowiada na starosc wnukom.
Wiec postanowilam przedluzyc sobie 'wakacje' o jeden dzien i nocowac w Brazylii. Weszlam do pierwszego hoteliku, zaraz obok stacji i...to byl blad. W takich straszliwych warunkach jeszcze nie spalam, ale tanio bylo i co wazne mam juz to za soba. Na domiar zlego, wracajac wieczorem z kolacji zobaczylismy na chodniku tarantule. No wiec wszyscy na trzy cztery za aparaty i zdjeie tarantulce, a co. Strzelalismy fotki na slepo nie widzac potwora, bo ciemno bylo. Tarantula sie wsciekla, chyba od fleszy, nie wiem, nie znam sie na pajakach, ale zaczela galopowac w naszym kierunku. To bylo traumatyczne przezycie, bo szybka jest skubana. A nie byla to jedyna tarantula widziana tego dnia, wiec noc z glowy. Tarantule widziaam juz wszedzie. Zasnelam dopiero, gdy zaczelo sie rozjasniac i kiedy mialam na oku rewir wokol swojego lozka. Ale ostatnio i tak nie moge spac, bo ksiezyc w pelni. A ja juz tak mam, albo ksiezyc albo sen i nic sie z tym zrobic nie da.
Tybet Ameryk-Boliwia=przygoda.
Przezylam i niewyspana ruszylam nastepnego dnia do Boliwii. Granice przekroczylam w taksie, a potem do autobusu, boliwijskiego (Corumba-Santa Cruz,18h). I wtedy wlasnie umarlam. W tym miejscu posluze sie moim ukochanym cytatem. Wiec, w XIXw bylo sobie dwoch bandziorow ze Stanow, Kassidy Kid i (nie pamietam imienia)Sundancer. Panowie zajmowali sie na co dzien rabowaniem bankow i poczt i ucieczka oczywiscie. Ukrywali sie na terenie Ameryki Poludniowej i nie zostali nigdy zlapani... Wiec pewnego dnia Sundancer mowi do Kida, rzecz sie dziej w Boliwii, podpowiem : 'Hej Kid, jak ci mowie, ze powinnismy sie ukryc w miejscu jak Boliwia, to mam na mysli miejsce jak Boliwia, a nie Boliwie!!!' Wiec juz chyba wtedy ten uroczy kraj dawal niezle popalic.
Trzeba bylo widziec nasz autokar. Tu juz nie bylo 'wino, czy wiski', tu bylo 'byc albo nie byc'. Dwadziescia godzin w zaladowanym po brzegi starym gracie, z kurami, placzacymi dziecmi, kurzem, popsutymi siedzeniami i nieotwierajacymi sie oknami. I boliwijski zapach, ktory zaczal unosic sie w powietrzu jak tylko przekroczylam granice. Slodki...indianski pot, tluszcz, w ktorym smazy sie wieprzowine i nie wiem co jeszcze. Ale nie jest dokuczliwy, dziwny po prostu. Nie musze chyba dodawac, ze skonczyl sie i asfalt i papier toaletowy. Przejazdy autokarowe w Boliwii maja to do siebie, ze trwaja wiekami, niezaleznie od dystansu do przebycia. Wszystko przez postoje. Tak naprawde to glownie sie stoi, a jedzie tylko pomiedzy postojmi. Co chwila ktos, nie wiadomo skad dopakowuje cos do luku bagazowego. Co chwila na poklad wsiadaja kobiety, ktore sprzedaja napoje, enpanady, orzeszki...przekzykuja sie i przepychaja miedzy soba. Wysiadaja na nastepnym przystanku. O, kierowca zobaczyl przy drodze kumpla. Zatrzymal sie. Posmial. Pozartowal. I dalej w droge. O, kino. Skad nie mam pojecia. Wszedzie las, ani zywej duszy. A tu nagle przy drodze kino. I siedzi z dwiescie indianskich rozdziawionych buz, dzis amerykanski film akcji. My siedzimy tam z tylu jak te szprotki. Upal doskwiera, ze oddychanie meczy, wszyscy szarzy od kurzu. A tu co...postoj!!! Zatrzymujemy sie na kolacje. Ciemno jak w...Afryce. Pytam grzecznie kierowcy ile mamy czasu. Odpowiada, ze az wszyscy zjedza. I taka wlasnie jest Boliwia i to sa te boliwijskie przygody. A pomimo wszystko uwielbiam ten kraj!!!
No i tak z jednego autobusu do nastepnego. Szybki prysznic na stacji. I wielkie Indianki, ktore ida pod prysznic tak jak stoja i wychodza tak samo, tyle tylko, ze moke jeszcze. A w toaletach czesza sie godzinami i zaplataja swoje kilometrowe, krucze warkocze.
Jesli chodzi o ostatni przejazd (Santa Cruz-Potosi, 18h,przesiadka w Sucre), to bylo zdecydowanie lepiej. Tyle tylko, ze zaczely sie gory. Tyle tylko, ze stracilismy lusterko, bo szanowny pan kierowca zle wyliczyl odleglosc dzielaca nas od ciezarowki jadacej z przeciwka. I tyle tylko, ze rano obudzili nas panowie przyodziani w moro z duzymi karabinami maszynowymi i wszyscy pasazerowie autobusu przeszli przez rutynowa kontrole, paszporty, torby itd. No, ale jestem juz W Potosi, a wszystko to bo uparlam sie, ze chce zejc do tutejszych kopalni. Daczego? Napisze Wam jutro, a moze w srode, a moze w przyszla srode, a moze nigdy...To bylo po boliwijsku. Napisze wkrotce...Jutro od razu po kopalniach w autobus i kierunek Peru. Caluje i strasznie jestem ta kopalnia przejeta!!! Mam wrazenie, ze strasznie chaotyczny ten blog i, ze sie powtarzam. Ale jetem wykonczona i pijana tymi czterema tysiacami metrow n.p.m.
agnesz 2004-09-03 02:43:23
skomentuj (9)
PUERTO DE IQUAZU (ARGENTYNA)
J
Jestem z Zimbabwe...
Co do Bueny Airy, to...
Maja tam na przyklad najszersza ulice swiata, po 6 pasow w kazda strone! Prawdziwa udreka dla pieszych, nie da sie dobic do przeciwleglego brzegu na jednym zielonym swietle. Moj rekord to dwie zmiany swiatel, i to w podskokach!!!
Przemierzalam ta cholerna ulice setny raz w poszukiwaniu banku, ktory zrealizuje moje czeki podrozne. W koncu sie udalo. I uwaga, w owym gmachu spedzilam kolejne wieki, ksero paszporu, setki pytan, istne przesluchanie. Juz myslalam, ze bede musiala zostawic odciski palcow i zdjecie. Ale nie, tyle tylko, ze przemili panowie jak uslyszeli moj nr paszportu, ktory brzmi ZE63...doszli do bardzo blyskotliwego wniosku, ze jestem z Zimbabwe!!! I nijak nie zgadzalo im sie to z moim wegierskim obywatelstwem w paszporcie i nijak nie moglam ich przekonac, ze jest inaczej...ba oni to przeciez sprawdzili i w ksiedze kodow i w komputerze i koniec! Wiec ja im powiedzialm, ze jak dla mnie to moge byc nawet z Kambodzy, tylko zeby wyplacili mi w koncu te cholerne pieniadze. I wyplacili. Bo jak spiewa moj ukochany Bob Marley 'You've got to fight for your right...'
Catedral de Tango.
Ostatniego wieczoru wybralam sie do bardzo interesujacego klubu, ktory okazal sie byc 'tangeria'. Juz przed wejsciem zaintrygowal mnie napis nad drzwiami, po hiszpansku oczywiscie :'Rock to nie wszystko'. Wnetrze przypominalo lodzka 'Fabryke', wiec coz, znow powrocilo dziecinstwo...I jak sama nazwa podpowiada, tancem jedynym i najdrozszym bylo tango. Od mlodziezy, po staruszkow, od adidasow po smokingi, laczylo...skupienie na twrzach, lekkie usmiechy i wirujace stopy. Wszystkie kobiety tanczyly z zamknietymi oczami, wspierajac sie lekko na swych partnerach, ufajac im bezgranicznie, oddajac sie w meska laske-nielaske. Tak, tango to moje kolejne wyzwanie i tym razem sie tak latwo nie poddam.
Tak dla jasnosci w Buenos jest wiele 'tangeria', gdzie przychodza pasjonaci tego magicznego tanca. Ale sa tez 'milonga', ktore roznia sie od poprzednich tym, ze tanczy sie tam milongi...i wszystko jasne. Ok., cofnijmy sie troche wstecz. Na poczatku byly milongi, dlugo, dlugo, az przyszli Beatlesi i byl tylko roch'n'roll. Uwaga, tu do glosu dochodza Stany Zjednoczone. Wiec w czasach milongowskiego kryzysu na Broadway wystawiono musical np. "Tango", ktory byl ogromnym hitem i dzieki, ktoremu milongi powrocily do lask. Tyle tylko, ze byly juz tangami, czyli milongami ze wszelkimi akrobatycznymi dodatkami, jak wykopy, szpagaty, podnoszenia itd. Troche to skomplikowane, wiem...Moze tak, konserwatysci tancza milongi, a liberalowie tanga. Amen.
Pachnie Rzymem.
Argentynczycy sa niezwyle wloscy. Nie ma sie zreszta co dziwic, z pradziada na dziada...Strasznie duzo gestykuluja. Podobnie jak Wlosi, ma sie wrazenie, ze jakby im zwiazac rece, to nie powiedzieliby slowa. Sam hiszpanski jest bardzo zwloszczony, po kazdym zdaniu dodaja makaroniarskie 'Eeeeee'. Sa prawdziwymi mistrzami pizzy, past i lodow. Sa narodem (mowa o mieszkancach Buenos, ale to prawie jak kraj) okularow slonecznych i prostowanch u fryzjera wlosow. Mieszkancow charakteryzuje niezwykla elegancja, maja klase. Do tego nalezy dodac swietny design, meble,torebki, buty, zegarki...wszystko to pachnie Wlochami. I ci wszyscy starsi ludzie, dumni, slicznie ubrani, wymalowani i wypachnieni. Jednoczesnie nosza w sobie cala przeszlasc, dostojna, dystyngowana i pelna dobrych manier. Sprawiaja wrazenie, jakby juz tylko zyli dla przyjemnosci, dla smaku porannej kawy, dla wnuczat, dla kolekcji znaczkow. Nie moglam sie oprzec i odwracalam sie za nimi za kazdym razem kiedy mnie mijali.
Wielka woda.
Ale juz sie pozegnalam z Buena Aira i jestem w Puerto de Iquazu. Zeby tu dotrzc odbylam najwspanialsza podroz w zyciu. Autobus wielki, czysciutki, pachnacy. Siedzenia zamienialy sie w lozka (doslownie), a 'kelner', po bardzo smacznej kolacji zapytal: 'Pani zyczy sobie wino, czy wisky?'. Przez glowe przeleciala mi mysl, moze by tak przesiedziec kolejne 3 tygodnie w takich autobusach? Ach, ale nawet jakbym chciala, to nic z tego, bo teraz powoli przesuwam sie na zachod...A tam czlowiek sie cieszy, gdy jego autobusowe siedzenie trzyma sie podlogi, a otwierajace sie okna sa luksusem.
Czas mnie strasznie goni, wiec musze radykalnie przyspieszyc 'wycieczke'. Z tego wszystkiego prosto z drogi wsiadlam w lokalny 'kolektivo' i dawaj nad wielka wode. Co tu duzo gadac, zapiera dech w piersiach. To jest wrecz niepradwdopodobne, ze spokojny, cichutki, niewinny strumyczek zamienia sie nagle w bestie. W ulamku sekundy jest nie do ogarniecia, nie ma dla niego przeszkod, nie ma na niego zadnej sily. Jest panem swojego losu, zupelnie wolny i niezalezny. Nie ma przelozonych, nie ma prezydenta, ani krola, nie ma nauczyciela, nawet mamy nie ma. Robi, co chce, bo jest ogromnym, poteznym wodospadem i caly otaczajacy go swiat musi byc posluszny. Jak mu sie cos nie podoba, to wypluwa jeszcze wiwecej wody, wtedy jest powodz, a potem znow porzadek, znow wszystko po jego mysli. Czlowiek jest taki maly i taki marny przy nim.
Gdzie czlowiek nie spojrzy, pocztowka. Wodospad otaczaja przedmiescia dzunglii amazonskiej, wiec wszedzie wisza zielone plachty. Palmy, potezne paprocie, wilgoc, tukany, mrowkojady, motyle i inne stworzenia. Ale wciaz pierwszoplanowym bohaterem jest woda...ktora spada...
Caluje, a jutro juz bede w Brazylii.
agnesz 2004-08-28 02:19:06
skomentuj (7)
BUENOS AIRES (ARGENTYNA) - ODCINEK DRUGI I OSTATNI...
B.A. jest cudowne, ale strasznie meczace...wyssalo ze mnie wszystkie sily, wiec musze stad uciekac zamin mnie pozre. Jutro wieczorem, kierunek pn., wodospady Iquazu-blizej natury, dalej cywilizacji.
Wrocilam wlasnie z baletu 'Lady Caroline', czy cos takiego...Teatr - Colon, swiatowej slawy, blebleble. Jako budynek, piekny, wielki, patetyczny i niezwykle elegancki. Samaaaa kurtynaaaaa wazy ponad 3 tony (teraz powinniscie zrobic wielkie oczy, to tylko taka mala podpowiedz, dot. interpretacji). Dzis rano go zwiedzalam i...strasznie fajnie mi sie zrobilo, bo na chwile powrocilo dziecinstwo, godziny spedzone na probach, 'niezwykle powazne' rozmowy z garderobianymi i rezyserami i cala ta magia, ktora odnalezc mozna tylko w teatrze. Balet sam w sobie...noooo taki sobie, ale przed wyjazdem z Polski widzialam Bolszoj, a do Rosji Argentynie daleko!!! Choreografia opatrzona, scenografia nedzna, fabula banalna - zdrada i takie tam...Ale przydalo mi sie troszke kultury przez duze K, bo nie czytalam zadnej dobrej ksiazki od wiekow. Opowiadania Marqueza, ktore wzielam ze soba znam juz na pamiec. Mam jeszcze powiesc pewnego meksykanczyka o zawilym imieniu i nazwisku, ale nie jestem w stanie tego czytac. Za kazdym razem mysle sobie, dam jemu (i sobie) jeszcze jedna szanse i czytam 5 stron. Zawsze konczy sie tak samo, mam ochote wyrzucic ksiazke do najblizszego smietnika. Ale wpojony mi szacunek do ksiazki nie pozwala mi. I tak w kolko...Przeintelektualizowana, niespojna, zawila...Na okladce jest napisane :'Ta powiesc wszystko wygrywa albo wszystko traci'...i stracila. Dobra, zeszlam troche z tematu, ale nie mam juz sily pisac nic wiecej. Jak dotre nad wodospady i zbiore rozbiegane mysli to strzele sobie 'podroz sentymentalna' i wtrace kilka slow o Niej, Buenos...bo intryguje. Sciskam.
agnesz 2004-08-26 05:13:14
skomentuj (6)
TANGO WISI W POWIETRZU. BUENOS AIRES (ARGENTYNA)
Kochani, dobilam w koncu do samego serca Ameryki Poludniowej, slawnego Buenos Aires!!! Z checi zaoszczedzenia czasu i pieniedzy znow zdecydowalam sie na nocny autobus...Kilka groszy moze i udalo sie zaoszczedzic, ale cennego czasu nie...Kolejny raz sie przekonalam, ze ludzkiego organizmu nie da sie oszukac. Jedyna rzecza jaka bylam w stranie zrobic po przyjezdzie to...przespac caly dzien i cala noc i...bylam juz znow soba!!!
Ale wracajac do autokarowej eskapady, to bylo calkiem wesolo...Tuz kolo nas siedziala dosc interesujaca gromadka chilijsko-argentynskich dziarskich chlopcow!!! Troche sobie popatrzylam, ale nie zebym duzo wyniosla z naszych konwersacji (dziarskie chlopaki troche przesadzily z pisco-narodowy alkohol peruwianski, 40% i...wymiana mysli nieco na tym ucierpiala).
Jak juz jestem przy newralgicznym temacie meskiej urody musze dodac z przykroscia, ze nieco sie zawiodlam argentynskimi Adonisami. Z konfrontacji argentynsko-chilijskiej, chilijscy panowie wychodza zdecydowanie obronna reka!!!
Ciagnac dalej ten temat...Bylam na jednej imprezce (tylko jednej, bo imprezowanie nie idzie tu absolutnie w parze ze zwiedzaniem, lokale otwieraja o 1 rano, towarzystwo rozkreca sie ok.3 i tak do poludnia nastepnego dnia). Ale do rzeczy, zauwazylam niepokojaca tendencje...Otoz panowie na imprezach najpierw sie przez chwile przygladaja, potem mowia czesc (nie zawsze), a potem caluja!!! I nie sa to bynajmniej przyjazdne calusy w policzek, tym bardziej nie w reke...oni po prostu caluja!!! Ten jakze barbarzynski zwyczaj wykrylam dopiero przy trzecim panu...I musze powiedzic, ze mial pecha, bo jego poprzednicy sprawili, ze bylam naprawde wkurzona...a jakby nie bylo, troche sily mam!!! Ale byla to brazylijska knajpa, wiec moze to taki brazylijski zwyczaj...tak, czy inaczej niezbyt przypadl mi do gustu.
Zeby nie bylo, ze zaniedbuje meska czesc moich 'Kochanych Szalikowcow', Argentynki tez troche mnie zawiodly. No ladne, modne, zrobione, ale bez zadnej rewelacji. Ale moze to dlatego, ze czekalam na cud. Na marginesie, dodam tylko, ze podobno sa niezwykle latwe!!!
Wracajac do samego miasta...
Buenos jest totalnie nie z tej Ziemi!!! To jest miasto z dusza (!!!) ono oddycha, czuje, mysli...po prostu zyje. Troche smutne, nasycone melancholia, nawet bolem... Tango unosi sie w powietrzu, zmyslowosc wiruje nad glowami...Dziwne uczucie mnie tu ogarnia...jest zimno jak cholera, a jednoczesnie caly czas duszno...Tango, tango, tango. Ten taniec jest nieslychany...Ma w sobie tyle prawdy, nie wiedzy...prawdy zyciowej, doswiadczenia, dnia codziennego, a zarazem wyrafinowania. Najlepsi tancerze nie sa ani mlodzi, ani piekni, ani zgrabni...sa nieslychanie prawdziwi. Tancza ze wszystkimi swoimi problemami...obiadami do ugotowania, kochankami, dziecmi, ktore nie chca sie uczyc, bezrobociem, bieda...a jednoczesnie sa tak doskonali w swoim tancu, tak ekskluzywni, nieosiagalni, nieuchwytni... I tak pieknie ze soba w tym tancu rozmawiaja...i tak siebie mocno chca.
Dobra, 80% Buenos to tango, ale jest jeszcze 20%. Ogolnie, jest to najbardziej europejskie miejsce w calej Ameryce Poludniowej, bardzo swiatowe, piekne architektonicznie, ogromne i bardzo roznorodne. Teoretycznie ma 6 mln mieszkancow, z czego ogromna wiekszosc to potomkowie emigrantow wloskich. Makaroniarskie wplywy widac szczegolnie w biedniejszych dzielnicach, gdzie pilka nozna to cale zycie, a Maradona to drugi Bog. Tu tango tanczy sie na ulicach i w kafejkach, a slamsy pomalowane sa w najweselsze kolory swiata. Po drugiej stronie tego kontinuum mamy dzielnice niezwykle bogate (takie ekstremalne skrajnosci sa bardzo typowe dla Ameryki Poludniowej). Na przedmiesciach przypomina to troche Beverly Hills, a w centrum nie zostaje daleko w tyle za Nowym Jorkiem. Miasto z klasa...w powietrzu pachnie kultura, edukacja i podstarzala, ale wciaz pelna uroku arystokracja. Buenos wciaga i porusza, ale jednoczesnie niesamowicie meczy, jak kazde duze miasto...
Musze sie przyznac, ze przeszlam dzis maly kryzys. Po dwoch godzinach bladzenia po miejskiej dzunglii w poszukiwaniu jakiegos cholernego miejsca, ktore zrealizuje moje czeki podrozne, mialam juz wszystkiego dosc. Nie chcialam juz spac w hostelowych lozkach, nosic wciaz tych samych spodni i bluzy, chcialam zjesc pomidorowa mamy i uciec z tego obcego swiata do domu, rodzicow i przyjaciol! Ale udalo mi sie jakos rozladowac te negatywne fluidy, pozbyc sie calej swojej rezygnacji i niemocy. Odzyskalam energie i ciekawosc swiata, zaczelam znow zadawac miliony pytan wszystkim napotkanym ludziom. Wszystko wrocilo do normy i juz mi dobrze...choc potwornie juz Drodzy za wami wszystkimi tesknie.(Na marginesie to dosc dziwne, ze takie podroznicze przesilenie dopadlo mnie w naprawde cywilizowanym miejscu, ale moze to ten halas, ruch i gonitwa, typowe dla molochow miejskich).
Wracajac do bohaterki mojej opowiesci, bo jestem przekonana, ze to Ona, choc brzmi jak On (nie pytajcie dlaczego, to sie czuje, ale wcale nie jestem przekonana, czy wszyscy uwazaja, ze Buenos Aires to kobieta...)
Buenos ma chyba wiecej knajp i restauracji niz mieszkancow. Przesadzam teraz oczywiscie, ale kultura jedzenia w restauracji jest tu totalnie nieslychana. Co dziwne, przed godzina 20 nie ma co marzyc o kolacji...wszystko jest zamkniete. Dopiero wczesna noca miasto budzi sie do zycia i wszyscy, chyba, mieszkancy ida na kolacje do knajpy. Nie dziela sie przy tym na tych, ktorych stac i tych, ktorych na to nie stac. Roznica tkwi tylko w pozimie restauracji i cenniku. Ale to tak przy okazji...Acha i obowiazkowo musi to byc kawal krwawego miecha (paradoksalnie Argentyna jest jednym z najwiekszych ekporterow soji). Skusilam sie na taki krwawy kawal i musze powiedziec, ze da sie zjesc. Ale wciaz jestem wierna fanka empanady-rodzaj wiekszego pieroga z roznymi nadzieniami w kruchym ciescie. I przez panujaca tu miecho-manie jestem skazana na empanady na sniadanie, obiad i kolacje.
To tyle na dzis, ale zabawie tu jeszcze kilka dni, wiec pewnie jeszcze troche ponudze o Niej...
agnesz 2004-08-24 04:45:06
skomentuj (9)
SANTIAGO DE CHILE (CHILE)
Dzis nic szczegolnego nie mam do przekazania, tyle tylko, ze jestem w stolicy jakze europejskiego i jakze drogiego Chile. Nocuje w przemilym hostelu...gdzie internet jest za darmo, wiec nie moglam sie oprzec pokusie, zeby poinformowac wszystkich, ze zyje i mam sie jak najlepiej. Jutro z rana atakuje Argentyne, a pojutrze z rana bede juz oddychac buenos-airowskim powietrzem. Niestety, dostalam info od izraelskich czlonkow naszej nowej rodziny, ze godzine po naszym wyjezdzie z San Pedro de Atacama otworzyli cholerna granice, wiec niepotrzebnie nadrabiamy setki kilometrow. No, ale nie ma tego zlego, co by na dobre nie wyszlo. Kto, wie kiedy znow bede miala szanse odwiedzic stolice Chile...Caluje wszystkich bardzo, bardzo mocno...
Na, dziekuje, ze jestes!!!
agnesz 2004-08-20 07:26:20
skomentuj (6)
UROKI PODROZOWANIA. SAN PEDRO DE ATACAMA
(CHILE)
Zaraz zaleje mnie krew!!! Utkwilam w tej chilijskiej dziurze na zawsze. Mial to byc krotki postoj po drodze do Argentyny...a tu cholera nie mozna sie przebic, bo zasypalo podobno granice i
jest zamknieta. Nie ma rady, natury
sienie przeskoczy. Najgorsze jest to, ze codziennie mowia nam, ze jutro to juz na pewno sie uda, bo prognoza pogody...I przechodze wlasnie dzien swistaka...i slono za to place, doslownie. Smiesznie, bo przez ten 'korek' spotkalam duzo znajomych, ktorych poznalam przez te dwa miesiace w Peru i Boliwii. Dodatkowe plusy - rozkoszni kelnerzy!!! Wlasnie tanczylam z jednym salse, calkiem niezle...Minusy - burze piaskowe. Nie, absolutnie nie sa niebezpieczne, tyle tylko, ze upierdliwe, bo piasek ma to do siebie, ze nie ma dla niego przaszkod. Ale co ja sie dziwie...w koncu jestem na krzyzowkowej pustyni...
No, ale dla mnie nie ma przeszkod...Olewam swoj pierwotny plan i zaraz wsiadam do autobusu do Santiago (jedyne 24h), a stamtad prosto do Buenos Aires (jak dla mnie...to 21h.
Takze ostatnio, sila rzeczy, wirujacy tak szybko wokol mnie swiat zwolnil troszke. Swoja droga nasza miedzynarodowa rodzina powiekszyla sie, wymienilismy Szkotke, na dwoch Izraelczykow. Calkiem z nimi wesolo...
Boliwia (Salar de Ujuni).
Wino uratowalo mi zycie.
Trzy dniowa wyprawa...z Boliwii do Chile. To byl naprawde hardcore!!! Ale wszystko rekompensowala cudna przyroda. Naszym srodkiem teanspoetu byl jeep, nic innego nie wchodziloby w gre...Obraz znienial sie jak w kalejdoskopie. Co pol godziny inny swiat! Zaczelismy od pustyn solnych. Cos zupelnie nieslychanego, jakby cala ziemia kapala sie w mleku. Gdzie nie spojrzec - bialo, a daleko na horyzoncie drapiezne szczyty gorskie, zupelna abstrakcja. Potem zaczely sie pagorki i las, potem znow plasko i kepki traw najrozniejszych, piasek, ziemia, jeziora, formacje skalne (niczym wzorowane na obrazach Salvadora Dahli) - rozne kolory i ksztalty, wszystko senne, nierzeczywiste, posypane surrealizmem. Wszystko tylko na chwile i bezpowrotnie, zeby zrobic miejsce nastepnemu cudowi. Co jakis czas goscilismy na Ksiezycu...Rozkosz dla oczu, dla duszy i pozywka dla wyobrazni. Dobra a teraz gwaltowny powrot na ziemie, w dodatku dosc bolesny. Ponad 4000m i minusowe temperatury nie dawaly o sobie zapomniec. Pierwszy nocleg byl bardzo zimny, ale bylo chociaz swiatlo (miedzy 18-20, ale lepsze to niz nic). Gorzej bylo za drugim razem. Nagle zatrzymalismy sie w srodku niczego i zostalismy poinformowani, ze tu wlasnie spimy. Kilka smutnych, glinianych budynkow, pokrytych jakas sloma, snieg i my...Suuuuuuuper...
Swiatla brak, wody brak, ogrzewania brak. To byla zdecydowanie najzimniejsza noc w moim zyciu. Nie wiem,ile moglo byc stopni, ale rano nie moglam umyc zebow, bo pasta wziela i sie zamrozila! Dwa kocyki i dobranoc. A moj letni spiworek mogl sie zdac, najwyzej na poduszke. Ale przyodzialam wszystko, co mialam w swoim plecaku i dziarsko udalam sie na poszukiwanie czegos procentowego.
Wino uratowalo mi zycie.
Bylo naprawde ciezko, ale warto. Po takich niewygodach, jest sie najwiekszym fanem kazdego aspektu swojego codziennego zycia, a widoki beda mi sie snily do konca zycia...
agnesz 2004-08-18 23:47:31
skomentuj (9)
NIESPODZIEWANIE W CHILE...
Witam Drodzy! Bardzo przepraszam, ale kim jest tajemniczy/cza 'jojo'? Prosze o emaila z rozwiazaniem zagadki. W biurze czeka juz nagroda...
San Pedro de Atacama-Chile.
Jestem wlasnie w San Pedro de Atacama (Chile) i musze powiedziec, ze znalazlam sie tu troche przez przypadek...A Atacama to podobno najbardziej suche miejsce na swiecie (figuruje jako haslo w co drugiej krzyzowce), piekna pustynia, wielkie gwiazdy noca...A poza tym, wielki powrot do cywilizacji. Niesamowite...po przekroczeniu granicy Boliwia-Chile zaczela sie zupelnie inna bajka, nowa historia. Asfalt!!! I to jaki, piekny, rowniutki, ze slicznie wymalowanymi liniami...Ciepla woda!!! To byl moj pierwszy porzadny prysznic od czasu wyjadzu...Normalna kanalizacja!!! Tu moze nie bede wchodzic w szczegoly. Do kanalizacji dodam jeszcze powszechna obecnosc papieru toaletowego w lazienkach, a z tego, co sie zorientowalam w Ameryce Poludniowej, to rarytas!!! Ludzie maja inne spojrzenia, nasuwa mi sie...'bardziej rozumne', ale to niepoprawne...Nie wiem, chyba po prostu nadaja na zachodnich falach. I buzie inne!!! Sliczni chlopcy, zaczyna sie robic ciekawie... W kazdym badz razie miasteczko jest rozkoszne...mocno turystyczne, ale wysmakowane, z artystycznym polotem i hipisowskim duchem. Generalnie kraj ma jeden powazny minus-ceny!!! Boliwia mnie troche pod tym wzgledem rozpuscila i mam chore wrazenie, ze wszyscy chca mnie zrobic na kaske. Z tej wlasnie prostej przyczyny spadam stad pierwszym autobusem do Argentyny, co nastapi dopiero pojutrze. W zastraszajacym tempie kurczy mi sie czas i taki jeden dzien nieplanowanego przestoju komplikuje troche plany. Jeszcze jedna smutna informacja...totalnie nie rozumiem, co Chilijczycy do mnie mowia. Doprowadza mnie to do szewskiej pasji, totalnie inny jezyk. Mam nadzieje, ze w Argentynie bedzie lepiej.
Ale od mojej ostatniej notatki do dnia dzisiejszego sie bardzo duzo wydarzylo!!! O malo co nie umarlam smiercia tragiczna. Choc inni mowia, ze to najlagodniejszy...koniec (Aga mi tu podpowiada, ze najlogodniej to przez sen, ale mniejsza z tym). Mowa tu o zamarznieciu!!! Snieg po pachy, grubo ponizej zera!!! Ale o tym w nastepnym odcinku, bo na sama mysl zrobilo mi sie potwornie zimno.
Poza tym powiekszyla nam sie paczka (Aga, znow mi sie tu wtraca, ze rodzina, ale bez przesady). Podrozujemy z 2 milymi, choc troche pierdolowatymi Angielkami i bojowa Szkotka. Mamy druzyne dziarskich dziewczynek. A ze wzgledu na moja marna, ale zawsze jakas znajomosc jezyka, robie za szefa wycieczki. Aga, podpowiada, ze powoli trace posade, bo ona juz unie policzyc do pieciu. Mam przyplyw glupawki...
agnesz 2004-08-16 01:20:02
skomentuj (9)
ZIELONO MI - RURRENABAQUE (BOLIWIA)
Z sercem w gardle.
Wrocilam wlasnie z 'obozu przetrwania', najpietw 3 dni w pampach, potem dzien w dzunglii...wystarczy.
Z Coroico wsiadlam spokojnie w autobus z mysla, ze za 14 godzin obudze sie w raju. Tyle tylko, ze zamin dotarlam do raju, przeszlam przez piklo...Cale 14 godzin w autobusie doskonale pasuje do mojego opisu 'drogi smierci'...bo to byl dalszy odcinek tej cholernej drogi, ktora przebylam na rowerze. Mielismy dwoch kierowcow-mechanikow (bo autobus zepsul sie z 3 razy) i pana od klaksonu. Pan od klaksonu jest postacia niezwykle wazna. Przed kazdym zakretem, a droga sklada sie z samych zakretow, nalezy w jakis sposob zaznaczyc obecnosc autobusu, co by pan kierowca autobusu z naprzeciwka wiedziel, ze...nie bedzie latwo. I tak oto z sercem w gardle, czy z dusza na ramieniu przesiedzialam 14 godzin...w gotowosci...na wszystko. Bo w Boliwii wszystko sie moze zdarzyc. No, ale nic szczegolnego sie na szczescie nie zdarzylo i po piekielnej nocy znalazlam sie w piknej tropikalnej wioseczce. Jak slowo daje, ze jak wysiadlam z wehikulu, to podeszlam do kierowcy nr jeden i numer dwa, wysciskalam ich serdecznie i podziekowalam za zycie. Pojawil sie kolejny problem... Bylam calkowicie przekonana, ze nie powtorze tej diabelskiej przejazdzki, ale z drugiej strony ilez mozna siedziec w Rurre? Rozwiazanie-samolot! Nie byl planowany...ale tu jest jak najbardziej na miejscu. Swoja droga z lotem tez byly niezle jaja. Przesiedzialam na 'lotnisku' 7 godzin, zeby sie dowiedziec, ze lot jest odwolany. Jest kilka spraw na tym kontynencie, ktorych nie jestem w stanie ogarnac. Chyba dlatego, bo wydaja mi sie totalnie nielogiczne, a z drugiej strony bardzo latwe do rozwiazania. To sa takie male rzeczy, ktorych nie da sie opisac, trzeba je samemu przejsc i wkurzyc sie za pierwszyn, drugim i trzecim razem, a potem juz tylko machnac reka i smiac sie z tego. Ale logika czlowieka z kultury zachodniej nie musi byc wcale logika dla mieszkanca Ameryki Pd. Czym w ogole 'logika'?
Tak, czy siak udalo mi sie w koncu polciec i szczesliwie wyladowalam w La Paz.(Naprawde lubie to miasto...ale nie potrafie powiedziec dlaczego...nie ma zadnego 'logicznej' przyczyny...) Ale tylko przez chwile, bo zaraz wsiadam w nocny autobus do Salar de Uni (pd) i pewnie od samego rana wyrusze na 3 albo 4 dni na pustynie solna. Wiec, prawdopodobnie znow zamilkne na kilka dni.
Rurrenabaque-
Boliwia.
Urocze miejsce, tropikalna wioska, powolne zycie, male problemy, duzo usmiechu, duzo barw, wilgoc, palmy, rzeka. Najpierw 3 dni w pampach-wysokie trawy i nieduzo poza tym. Cala eskapada zaczela sie trzema godzinami w jeepie. Kamienista drozka, wyboje, straszliwy kurz, bezczelnie wdzierajacy sie w kazda szczeline i kierowca Jezus (wciaz nie moge sie przyzwyczaic, ze to zupelnie normalne imie tutaj). Po trzech godzina na czterech kolkach, z napedem na kazde z tych czterech)trzy godzinki w lodce, a potem juz cel- baza wypadowa. Bardzo 'blisko natury', brak pradu, woda pod prysznicem prosto z rzeki. Miala dziwny, bunatny kolor i strasznie cuchnela. Jak kapalam sie tam pierwszy raz, mialam dziwne wrazenie, ze za chwile z prysznica wyskoczy mi aligator. Jak slowo daje, natura wyraznie pobudza moja fantazje. No i zylam sobie tak przez trzy dni, jak Robinson Cruzoe troche. Plywalam po rzece, chodzilam po pampach szukajac anakondy (znalezlismy, ale mniejsza niz na filmie, dacie wiare?), lowilam piranie. Wypatrywalam zwierzat...byly aligatory, trafil sie i kajman (duzo wiekszy bydlak), rajskie ptaki, papugi i inne jeszcze ptactwo kolorowe, weze, piranie, rozowe delfiny rzeczne (urocze zwierzatka) i moje pupilki - capibary. Jakie to stworzenie jest smieszne!!! Biedactwo wyglada troche, jak swinka morska, ale jest duze jak dorodny prosiak. Pyszczek i siersc swistaka. I ma dziwna pupe, jakby nie mial pupy wcale, tylkne nogi za krotkie i nie grzeszy refleksem. Ogolnie jest pierdolowate i godne pozalowania, wiec z miejsca je polubilam.
Z braku czasu do dzunglii wybralam sie tylko na jeden dzien i Bogu niech beda dzieki. Kilka godzin wystarczylo, zeby poznac tajemnice tego gestego i soczystego 'lasu zycia'. Nie moglam nadazyc za przewodnikiem, wiec co chwila sie gubilam. Strasznie wszystko tam zarosniete i na dobra sprawe zlewa sie w zielona plame, na odleglosc wieksza niz 2 metry. W pewnym momencie nasz agencyjny czlowiek lasu powiedzial, ze musimy teraz zostawic plecaki i wszystkie toboly pod drzewem, bo bedziemy szukac dzikich swin. No to zostawilam wszystko. Troche sie poczolgalismy, byly i swinie, czarne i ze zloscia w oczach. Potem przemily pan powiedzial, ze teraz to on nas zostawia na jakies 15 min., bo musi kupe. Co moglam zrobic, zaufalam mu, uwierzylam na slowo. Ale wrocil i wyciagnal nas z tej bezkresnej dzunglii i bezblednie odnalazl plecaki. Ja bym sie tam zgubila na amen po 5 krokach. No, to tyle z mitycznego Parku Narodowego Madidi.
Teraz znow bedzie wysoko i znow bedzie zimno. Poznalam chlopaka, ktory byl na slonych pustyniach 1,5 miesiaca temu i powiedzial, ze dochodzilo do -22C!!! Dam rade, kupilam welniany sweter, znalazlam puchowa kurtke...bedzie dobrze. Caluje.
agnesz 2004-08-12 21:47:25
skomentuj (10)
Z GOR DO DZUNGLII - COROICO (BOLIWIA)
Droga smierci.
Wreszcie cieplo!!! Przezylam zjazd najniebezpieczniejsza droga swiata! Rita tita tita tita, blebleble...Ale milutko bylo. Pobudka o 6, jak codziennie zreszta. A potem caly dzien na rowerach, glownie z gorki na szczescie. Zaczelismy na wysokosci 4300m...w otoczeniu snieznych szczytow Anyjskich. Na poczatku bylo cywilizowanie, jak na boliwijskie warunki, powiedzialabym nawet, ze elegancko. Droga, jak droga, tyle tylko, ze z jednej strony skalna sciana, a zdrugiej przepasc...na moje oka jakies 400m. Ale podobno im wieksze liczby tym, tym gorsza wyobraznia matematyczna, potem juz nie wazne ile jest zer itd.A ja w liczeniu nigdy dobra nie bylam, ale wysoko bylo jak jasna cholera! Pozniej asfalt sie skonczyl i to na dobre. Droga byla zwirowa, pozniej piaskowa. Klimat stopniowo sie ocieplal, a my stopniowo sie rozbieralismy. Lyse slaly zaczely powoli obrastac w drzewa, coraz bujniejsze, bogatsze, zielensze i znalezlismy sie w paszczy boliwijskiej dzunglii. Wraz z ociepleniem towarzyszyly nam tumany kurzu przecinane od czasu do czasu tropikalnymi wodospadami spadajacymi wprost na droge. Bylo cudnie!!!
Na wezszyw partiach musielismy sie zatrzymywac za kazdym razem, gdy przejezdzal jakis samochod. Nie bylo wystarczajaco przestrzeni dla pojazdu i biednego rowerzysty...Droga smierci, jak latwo jest sobie wyobrazic uslana jest krzyzami. Zastanawiajace, ze prawie przy wszystkich stoja swieze kwiaty. Probowalam dojsc, dlaczego najniebezpieczniejsza i dlaczego tyle o to krzyku. Moze dlatego, bo jak juz wypadek, to zawsze smiertelny! Statystyki mowia, 100 osob traci zycie rocznie pokonujac te 80km!
Coroico.
Strasznie drogi tu Internet!!! Panuje smutna zaleznosc, im mniejsza dziura, tym drozszy Internet (przebitki 5 krotne).Ale siedze dzielnie i pisze, bo jutro lece dalej na pn i planuje zaszyc sie w dzunglii...moze na tydzien.
A w Coroico jest bardzo milo. Mieszkancy sa tacy, jacys zupelnie normalni. Duzo czarnych i duzo salsy!!! U mnie dochodzi 22.00, a cale miasto szaleje. Petardy, orkiestra, pochody, a w kazdej dloni kij, a na kiju uroczy, swiecacy lampionik w barwach narodowych. Wyglada to bajecznie, jakos tak mi przychodza na mysl krasnoludki, te od Sniezki. Dzien niepodleglosci, ale musze juz konczyc, bo mi lokal zamykaja. Chcialam jeszcze dodac, ze Boliwia wcale nie jest taka straszna, jak sie slyszy. Czuje sie tu dosyc bezpiecznie, a rozsadek mnie nie opuscil.
agnesz 2004-08-06 04:24:21
skomentuj (4)
PIERWSZE KROKI W BOLIWII
Tyle sie przez te dni wydarzylo, ze nie wiem o czym pisac? Moze zaczne o tego, ze jestem juz w Boliwii, na wysokosci 3700m i dopada mnie od czasu do czasu choroba wysokosciowa...Myslalam, ze po Cuzco nic mnie juz nie ruszy, a tu niespodzianka...
Jakies 5 dni temu dobila do mnie Agatka. Biedna, zeby dostac sie do Cuzco musiala zaliczyc 7 krajow, a nie bylo to w planie... Pierwsze, co mi powiedziala, jak mnie ujrzala : "Agi, k.... ,dzieki Bogu, ze ty sobie w tym roku Panamy nie wymyslilas, bo tam jest teraz pora deszczowa. Ja bym tego nie zniosla!" Choc tu tez nie jest biedaczce latwo, bo bardzo cierpi przez wysokosc. Ale od jutra bedzie juz tylko z gorki.
Aga bedzie mi towarzyszyla do konca podrozy, ale bede pisala bloga w l. poj., bo tak mi wygodniej.
Cofne sie troche wstecz...
Puno-Peru.
Z Cuzco skierowalam sie do Puno (pd-wsch), ktore lezy nad jednym z najwyzej polozonych jezior swiata. Puno samo w sobie bylo nudne i nie czulam sie tam zbyt bezpiecznie. W nocy wyjrzalam przez okno i zobaczylam grupke malych dzieci palacych ogromne ilosci smieci pod naszym hotelem. Jak kazdy "prawdziwy" turysta pomyslalam sobie-zrobie im zdjecie...I zrobilam! Nie wzielam tylko pod uwage, ze dzieciaki moga zauwazyc flesz w aparacie. Oczywiscie zauwazyly. Ale sie wsciekly...Takie male brzdace...moze po 9 lat. Nie wiem skad w takich malych dzieciach tyle agresji. I zaczely sie liczne epitery, przeplatane tylko "gringa". Potem chlopcy wpadli na swietny pomysl, ze podpala hostel, w ktorym mieszkamy...Ale po paru minutach wyszedl stroz i zabawa sie skonczyla.
Titicaca-zjawisko...blekitna, przejrzysta woda wszedzie gdzie spojrzec, a w tle osnizone szczyty Andow. Z Puno wybralam sie w rejs na dryfujace wyspy. Na takiej plywajacej wyspie mieszka ok.12 rodzin w domach z trzciny. Tam wszystko jest z trzciny...sama wyspa takze...I najprawdziwiwsi indianie Aymara tam mieszkaja.
Copacabana-Boliwia
Z Puno uderzylam do Boliwii!!! Kilka osob ostrzegalo mnie przed tym krajem, ze niebezpiecznie, ze miejscowi nienawidza turystow, ze zimno jak cholera itd. Ale niskie ceny mnie przyciagnely! Na razie jest cudownie!!! Przemili mieszkancy, mniej nachalni niz w Peru, mniej wkraczajacy w prywatna przestrzen czlowieka. I uwaga, hit sezonu-samochody zatrzymuja sie na widok pieszych (przynajmniej, co piaty)!!!
Pierwszym boliwijskim miasteczkiem byla Copacabana, takze lezaca nad Titicaca. Bo Titicaca to ogromne jeziorsko, wieksze nawet od najwiekszego na swiecie Balatonu! W Copacabana znow wielka impreza. Tym razem ku czci Virgen de co??? de Copacabana. Strasznie to dziwne, bo w darze dla Najswietszej Panienki sklada sie plastikowe samochody, zabawkowe domy z ogrodem, sztuczne pieniadze (dolary naturalnie), karty kredytowe!!!(nie wiem, czy w Copacabana jest chociaz jeden bankomat).
W przykoscielnej kapliczce zapalilam za Was wszystkich swiece...duzo swiec...zeby duzo szczescia bylo!!!
Potem, oczyscilam sie ze wszystkich grzechow swiata...teraz chyba troche przesadzilam, wchodzac na terytoriu Jezusa Chrystusa... Moze nie ze wszystkich, ale ze swoich na pewno. Razem z miejscowymi odbylam droge krzyzowa na Golgote...na bardzo stroma gore. Zajelo mi to ok. godziny, bo za przykladem Boliwijczykow stawalam przy kazdej stacji i wrzucalam podniesiony z ziemi kamien na usypana gorke. Widok z gory byl warty wysilku, no i jestem teraz znow biala i czysta... Nie jestem romantyczna osoba, zachod slonca kojarzy mi sie z tania, tandetna pocztowka lub powiscia "Harlekin", ale to bylo to!!! Cos pieknego!!! A do tego miejscowi zarliwie sie modlacy przed figura Virgen, calujacy ja po stopach, dloniach, palacy dla niej i tylko dla niej swiece. I liczne stragany ze...szczesciem. Bo przeciez wystarczy usiasc przed takim panem, ktory ma stragan ze sprzyjajaca Fartuna i powiedziec w jakiej sferze zycia przydaloby sie troche wiecej sprzyjajacego losu. Potem pan od szczescia wsypuje cos do kadzidla, macha kilka razy dookola poszukiwacza szczescia, posypuje czyms glowe, cos mamrocze i zalatwione!!!
La Paz-Boliwia.
A teraz siedze w La Paz i walcze z nidoborem tlenu. Miasto lezy w dolinie a nad jego panorama wznosi sie jeden, samotny, ale jakze dzielny w tej swojej samotnosci osniezony i grozny szczyt gorski. La Paz nie jest wieksze od Wa-wy, ale chyba gesciej zaludnione. Ciezko sie chodzi po ulicach, trzeba prowadzic wieczna wojne o kazdy skrawek chodnika i jezdni. Duzo ludzi, straszny halas, spaliny, a jakos mi tu dobrze...Tylko od czasu do czasu serce mi troche szybciej wali, jak widze chlopcow czyszczacych buty...Tu nie sa to dzieci, nie sa tez nachalni. Raczej tajemniczy i troche smutni. Mysle, ze sa to dorastajacy mezczyzni. A jest to tylko przypuszczenie, poniewaz ukrywaja sie pod oslona kominiarek i czapek baseballowych. Nie widac nawet ich oczu. Jest to ucieczka przed spolecznym ostracyzmem, a niechlubny zawod jest czesto jedynym srodkiem utrzymania calej rodziny. Generalnie, mam wrazenie, ze Boliwijczycy sa bardziej dumni od Peruwianczykow...bardziej honorowi. Tu targowanie sie to sztuka, raczej panuje zasada "Nie kupujesz, mam cie w dupie". Maja chyba wiecej prawdy w sobie...
La Paz przypomina troche San Fransisco, miasto tonie we wzgorzach, co dodaje mu tylko uroku. Mysle, ze to miejsce sie albo uwielbia albo nienawidzi. Szary odcien nie istnieje, jak w amerykanskich filmach...I tak spedzilam caly dzien wloczac sie po waskich uliczkach. Z rewelacji...chyba rynek czarownic. Mozna tam kupic wszystko, co zdeklarowani "katolicy" skladaja w darze Pachamama-matce ziemii, gdy susze, gdy przymrozki lub prewencyjnie zeby dobre plony byly. Miedzy innymi: wysuszone plony lany (wysuszone, owlosione male lamki tez), rozne ziola, cukierki kolorowe ulepione z modeliny, ciasteczka, wino, piwo, pisco, figurki ropuch - chyba dyskretna prosba o kaske (bo ropuchy i pieniadze ida tu w parze), wypchane jezozwierze i rozne male Inkaskie figurki. Nabylam kilka takich amuletow, parka na szczescie w milosci (przyda sie!!!), sowa na wiedze, gwiazda na pozytywna enargie, kondor na szczesliwe powroty do domu i takie tam jeszcze...
Jutro juz sie stad wynosze, bo czasu malo, a kontynent taki wielki!!! Ach zapomnialam tylko dodac, ze przez przypadek trafilam do izraelskiego hostelu. Wszystkie napisy po hebrajsku. Jak troche wyteze umysl to po hiszpansku zrozumiem, ale na hebrajski nie ma szans! Jutro jade na calodniowa wycieczke rowerowa-zjazd najniebezpieczniejsza droga swiata, z La Paz do Coroico!!! To zastanawiajace, ze gdzie sie czlowiek nie ruszy tam cos naj.... na niego czeka. Myslalam, ze tylko Stany Zjadnoczone maja naj-manie, ale nie... Tak wiec, chcialam tylko powiedziec, ze nie wiem, czy najniebezpieczniejsza na swiecie...moze taka droga jest gdzies daleko i zaden turysta nie ma o niej zielonego pojecia? W kazdym razie niezly chwyt reklamowy, a dla mnie dobry sposob zeby zmierzyc sie z wlasna przeszloscia i wlasnymi lekami. No i jak juz pokonam wszystkie leki i slabosci zostane w Coroico, bo stamtad blizej do dzunglii. Caluje i przypominam, ze zyje i tesknie! Dzieki Hubert za wsparcie.
agnesz 2004-08-05 04:04:33
skomentuj (6)
TO I OWO - PERU
Kochani! Wybaczcie, ze slad sie po mnie urwal na tak dlugo, ale...choroba mnie znowu zmogla. Nieasamowite jak cielo ludzkie potrafi opasc z sil z chwili na chwile...No, ale juz przegonilam wszystkie zarazki, bakterie i goraczke i jestem znow wsrod zywych. Koniec szkoly!!! Koniec pracy!!! Witajcie wakacje!!!
Mam przeczucie, ze jutro opuszcze Peru na jakis czas, a chcialabym jeszcze opowiedziec wam o kilku sprawach...
Ulice.
Ciezko mi na nie spojrzec swiezym okiem, ale wspomnienie pierwszego wrazenia kaze mi napisac o 3 rzeczach:
-szaleni kierowcy! Panuje tu absolutne prawo dzungli - "Jestem wiekszy, mam pierwszenstwo." Pieszy nie ma tu zadnych praw, jedynie posiada prawo do ucieczki i ekspresowego przebiegania jezdni. Szczerze mowiac, nie przypominam sobie, zeby kiedykolwiek, jakikolwiek przemily pan kierowca byl tak uprzejmy i zatrzymal swoj rozpedzony samochod, widzac mnie stojaca przy jezdni.
-dziury! Moze i brzmi to troche trywialnie, ale tutejsze dziury to powazna sprawa. Bo to nie sa takie sobie tam dziury, tylko ogromne, glebokie, ciemne i zimne dziurzyska kanalizacyjne, czy co takiego... Trzeba patrzec pod nogi, nie ma co!
-bezpanskie psy! Sa zawsze i wszedzie. Gdzie nie spojrzysz, tam napewno zobaczysz bezpanskiego psa albo duzo bezpanskich psow. Nie mialam z nimi nieprzyjemnych doswiadczen, nigdy nie daly mi powodu do strachu...Ale podobno jakby co...(to zabrzmi okrutnie) to nalezy rzucic kamieniem w "obok psa", bo nie w psa wcale i wtedy prawdziwy zly pies sie przestraszy i ucieknie, bo pomysli, ze to w nigo...i slusznie. Taka jest teoria.
Rodzina.
Moje doswiadczenie z rodzinami nie jest duze (2 rodziny), wiec wnioski moga byc nieco naciagniete. Ale...kultura kolektywna jest tu duzo bardziej widoczna niz u nas. Rodziny sa wieksze, jej czlonkowie czesto sie odwiedzaja, a co wiecej odwiedziny te zdaja sie sprawiac prawdziwa przyjemnosc stronie odwiedzanej.
W Peruwianskiej rodzinie wszystko robi sie wspolnymi silami.Jak zepsuje sie, nie daj Boze, kran w lazience, cala rodzina leci zaradzic. Mlodsza corka idzie na urodziny do kolezanki, cala rodzina debatuje, co by tu kupic. Co jutro na obiad - glosowanie. Zepsul sie samochod, trzy...cztery...wszyscy do garazu.
Wydaje mi sie takze, ze dzieci maja tu wiekszy szacunek do swoich rodzicow. Ale moze trafilam na takie akurat dzieci lub na takich akurat rodzicow...
Dorastajace dzieci nie chca sie wyprowadzac z domu. Slyszalam tez o przypadkach dobudowania dodatkowego pietra do domu rodzicow przez dorosle juz dzieci, ktore zalozyly wlasne rodziny. A u nas...mieszkasz z tesciami? Juz po malzenstwie!
Matchismo!!!
Problem matchismo...moj ulubiony temat. Kultura matchismo nie rzuca sie tu specjalnie w oczy. Na pewno jest mniej popularna niz np. w Meksyku. Tutaj mezczyzni na ulicy nie zaczepiaja obcych kobiet... Mam dobre pytanie : Czy istnieje jakas zaleznosc pomiedzy poziomem matchismo, a iloscia zaczepek adresowanych do kobiet, w danym krju? Mysle, ze tak...moze kiedys uda mi sie przeprowadzic takie badanie i wyciagnac naukowe wnioski...
Rozmawialam z kilkoma mlodymi kobietami, mieszkankami Cuzco. Powidzialy mi, ze sytuacja sie poprawia i coraz mniej kobiet walczy o wzgledy zdradzajacych je mezczyzny. Coraz mniej wyraza milczaca zgode na bycie bita. Mysle, ze paradoksalnie, kryzys ekonomiczny pomaga kobietom wyzwolic sie spod wladzy mezczyzn. Pracujesz, przynosisz pieniadze do domu, utrzymujesz rodzine, masz prawo glosu!!! W poznanych przeze mnie rodzinach panuje raczej rownouprawnienie niz patriarchat... i na pewno nie matriarchat!!!
Jesli chodzi o caly czar i niezla scieme, ktore sa atrybutami kazdego, prawdziwego matchisty...Moge tylko powiedziec, ze jest to chyba pierwszy odwiedzony przeze mnie kraj, w ktorym mezczyzni nie pozostaja z tyle za polskimi panami jesli chodzi o szarmancosc i rycerskosc wobec kobiet!!! Ooo, jak taki Peruwianczyk sobie upatrzy jakas dziewuche, to zrobi wszystko zeby ja zdobyc!!! Biedne Amerykanki totalnie wymiekaja, nie wiedza kompletnie jak sie zachowac, gdy ktos traktuje je jak kobiety. No i zakochuja sie tu biedactwa na zaboj, porzucajac swoich amerykanskich chlopcoe i narzeczonych, chca sie przeprowadzac... Coz, czar i sciema latino lovera maja potezna sile (pozdrawim serdecznie moje kochane przyjacioleczki, cytujac Juniora).
Emblemat.
Nabawialm sie nowego emblematu!!! Nie wim za bardzo jak wam, go opisac...Dobra, mam!!! Wyciagnijcie przed siebie prawa dlon. Zegnijcie wszystkie palce oprocz wskazujacego. Zacznijcie energicznie machac osamotnionym palcem, prawo-lewo-prawo. Jednoczesnie odchylcie lekko glowe troche do tylu, troche w lewa strone. To znaczy-"nie!" To samo, co nasze "nie" glowa. Strasznie sie zaczelam smiac, jak sie zorientowalam, ze mi sie tak porobilo. I wcale nie musialam caly czas odmawiac, zeby weszlo mi to w krew, bo ten emblemat jest tu tak popularny jak oddychanie. Mam nadzieje, ze nie nabawie sie wiecej dziwnych nawykow...
Zamykaja mi internet, ale obiecuje, ze juz nie zapuszcze tak nigdy swojego bloga. No, chyba, ze mnie znowu cos z nog zwali, ale juz chyba wystarczy.
agnesz 2004-08-02 05:05:18
skomentuj (4)
OJEJ
Wszyscy krzycza, ze robie byki!!! Coz ortografia nigdy nie byla moja majmocniejsz strona...Teraz jestembardzo zestresowana i chyba juz nic nie napisze...Albo raczej zwyczajnie to oleje...W koncu nikt nie jest doskonaly...
Tak, czy inaczej bardzo wszystkich przepraszam i prosze o przymruzenie oka. W koncu liczy sie tresc, a nie forma, czy nie?
Pozdrawiam Makarona, ktory ¨zamontowal¨ mi tego bloga i dziekuje, bo jeszcze nie mialam okazji.
Pa Kochani
agnesz 2004-07-23 02:37:38
skomentuj (12)