ksiega gosci

2006
grudzień
listopad
2005
wrzesień
sierpień
2004
wrzesień
sierpień
lipiec


 
TAJEMNICZY OGROD


Kochin (Kerala)
Pisze o poludniu, choc jestem juz na polnocy...
Z oblakanej Gokarny uderzamy wciaz na poludnie przecinajac granice kolejnego stanu – Kerala. Cochin jest drugim przystankiem na naszym “Indie w Pigulce Trip”. Nadmorskie miasto, kolejna przystan chrzescijanstwa...i to doslownie, poniewaz cale miasto goruje nad nastrojowymi kanalami. Az sie dziwne, ze nie figuruje jeszcz w przewodnikach pod marketingowym sloganem “Cochin Wenecja Indii”. Do starej czesci, gdzie zamierzamy przenocowac dostajemy sie promem przecinajac gesta rzese wodna, ktora wydaje sie byc nie do przebycia, jest twarda i waleczna. Wydaje sie, ze suniemy po trwniku. Zrobilo sie bardzo wilgotno, tropikalnie. Nastal klimat, ktory jest pierwszym skojarzeniem z egzotyczna podroza, z przygoda, z polowaniem na bengalskiego tygrysa. Roslinnosc wciska sie wszedzie, opanowuje mury, podbija dachowki, wrasta w chodnik, bezlitosnie pochlania ulice, drogi, nadajac zycie kazdemu obiektowi. Chlorofiowe, zielonkawo-brunatne miasto bedace komora tlenowa, zielonymi plucami Indii. Mam wrazenie, ze dopada nas monun, depcze nam po pietach, czuc jego mokry, wigotny oddech na plecach. Z ta mysla czytam tabliczke na desce rozdzielczej taksowki, w ktorej siedze. Pod figurka blizej niezidentyfikowanego swietego,widnieje enigmatyczne haslo “This journey may be very fruitfull” (?), nad glowa wisi rozaniec.

Kumili (Kerala)
Czasu coraz mniej, a kraj rosnie w oczach, wylewa sie poza swoje granice, wpada do otaczajacych go wod. Co robic, gdzie jechac? Jaki dzien tygodnia mamy, jaki miesiac, juz po Nowym Roku? Ile jeszcze czasu? Trzeba biec! Udalo mi sie przeforsowac wypad do Kumili. Tam na wysokosci prawie tysiaca m n.p.m. rozciagaja sie pola codzinnych rozkoszy, drobnych radosci, ktore sa czasami jedynym “za” aby wstac z lozka. Tutaj oddycha sie pelna piersia, tutaj czlowiek widzi siebie w perspektywy lotu ptaka wsrod zielonych pol i chce mu sie krzyczec. Herbata jest pod linijke, rowniutko, nie ma swobody, regularnie strzyzona, nie majac wybory rosnie w zgrabnych kepkach. Kawa tez nie ma zbyt duzo swobody, krzakowi nigdy nie pozwalaja dorosnac, nie pozwalaja zmienic sie w drzewo. Jest rowniez inny problem, w postaci duzej kokurencji i kawowego, sztywnego systemu kastowego. Tak Robusta, chocby nie wiem jak sie starala nigdy nie osiagnie takiej ceny jak Arabica, zawsze bedzie na drugim miejscu, a koneserzy nigdy nie poswieca jej tyle uwagi co zlotej medalistce. Gory tona w morzu kawy, herbaty, cardamonu, pieprzu i wanili, ale prawdziwa zabawa zaczyna sie w tajemniczych ogrodach, w ktorych drobni wlasciciele ziemcsy uprawiaja ogrodkowo rozne przyprawy. Zielen wciaga, otumania, szukam wiszacej hustawki, szukam uciekajacego chlopca. Z niepokojem zagladam do ogromnych kielichow egzotycznych roslin i czekam, az ktoras ziewnie, kiechnie, az w koncu mnie pozre. To tutaj kryje sie tajemnica indyjskiej kuchni, leczniczych mikstur ayurvedyjskiej medycyny. Bo pieprz jest jak niedojrzale winogrona, wanilia jak zielona fasolka szparagowa, a cynamon jest kora sciagnieta z galezi drzewa i wysuszona na sloncu. Miasteczko jest urocze, szczegollnie po zmroku. Kazdy sklepik uslany jest gorami kolorowych przypraw, na ktorych dumnie zasiadaja usmiechnieci sprzedawcy. Ulica sklada sie z korytarzy zapachow, tworzacych istny labiryn, z ktorego nie ma wyjscia. Tu wabi, tam znow odrzuca. Jeden krok w tyl, dwa do przodu. Kusza daktyle, figi, orzechy, czekolada domowej roboty. Przed kazdym sklepikiem stoi ogromna patelnia, na ktorej skwiercza smazone plasterki banana, a unoszacy sie dym i miekkie swiatlo ogniska nadaje otoczeniu malowniczy klimat.
Ktos cos krzyczy, mezczyzni przechadzaja sie tam i z powrotem w zwartych grupkach. Nie zaskakuje mnie to zbytnio, poniewaz w Indiach mezczyznie zachowuja sie nieco inaczej niz u nas... Czesto trzymaja sie za rece, gladza sie nawzajem po policzkach, przytulaja, a ponad 60 procent samotnych mezczyzn miedzy 18-25 rokiem zycia ma na swym kacie doswiadczenia homoseksualne. Ale nagle ktos doskakuje i mowi, ze jest bardzo niebezpiecznie, ze tlum moze byc agresywny. Nie wiem do konca czy to zart, przygladam sie wiec z boku. Chodzi o wode, dwa sasiadujace stany walcza o wode...jest spokojnie, po cichu, nawet anemicznie. Jest tak jak uczyl Mahatma Gandhi, liczy sie droga, a nie cel, pokoj jest najwieksza wartoscia.

agnesz 2006-12-03 17:18:35
skomentuj (6)
ODYSEJI CIAG DALSZY



Drodzy moi, nie odzywacie sie wcale…oprocz Gdyni, ktora wiernie mi towarzyszyi ktora mocno sciskam. Ciekawa jestem, czy tu czasem jeszcze wpadacie…mam nadzieje, ze tak. Niedlugo zaczne pisac: “Kochany pamietniku, dzisiaj swiecilo caly dzien slo…”.

Jeszcze tylko slodkie wpomnienie Goa (turystycznego, nadmorskiego stanu), ktore promieniuje na cale poludnie kraju…
W lokalnych autobusach widnieja wymalowane kwiecista czcionka napisy: “No spitting”, “No smoking”, co wyraznie wplywa na standard podrozy i moje samopoczucie. Na ulicach widac tablice z zakazem uzywania workow foliowych, ktore ostatnimi czasy sa prawdziwa plaga Indii, a to odbija sie nie tylko na krajobrazie miast tonacych po kolana w smieciach, ale i na zdrowiu swietych krow, ktore z zapalem przezuwaja kolorowe torebki, opakowania i inne poliestrowe przysmaki. Ludzie sa jakby bardziej kumaci, rozumieja co sie do nich mowi. Zadania nie sa wykonywane kolektywnie, w czym specjaalizuje sie, na przyklad, hotelowa obsluga z polnocy. Realizacja prosby o dostawienie dodatkowego materaca do pokoju, konczyla sie tam piecioosobowa polgodzinna narada w naszym pokoju i bardzo dokladnym podzialem obowiazkow. Pan nr 1 przynosil materac, w czym pomagal mu pan nr 2, nr 3 mial wyjatkowo powazna role, poniewaz trzymal drzwi, nr 4 przyniosl poduszke, a 5 przescieradlo. Czasami przychodzil rowniez numer szosty i sprawdzal koncowy efekt pracy, co zajmowalo kolejnych kilka minut.
Spudnice i spodnie wyparly sari i turbany, a Jezus Chrystus i Maryja Zawsze Dziewica Shiwe i Parwati (ktora byla raczej jego ukochana niz matka, ale z hinduistyczna mitologia nigdy nic nie wiadomo). Portugalia odcisnely pietno, ukierunkowaly, uformawaly, oprocz krzyza przywiozly wino I niebiesko-biale kafelki. Magellan dobil tu juz w XVI w i w imie Ojca i Syna i Ducha Swietego wprowadzil tu nowe zwyczaje i nowy porzadek, Amen. Argument, ze religia jest dla ludzi, a nie ludzie dla religii przemowil do wielu tubylcow, szczegolnie z nizszych kast. Prawie kazda kobieta ma wytatulowany katolicki krzyz po zewnetrznej stronie dloni.

Gokarna (Karnataka)
Dla mnie wakacje sie skonczyly, koniec z rajska plaza, a moze byla tylko uluda, mara, bo to Indie wlasnie. Nadszedl czas powrotu do spartanskich warunkow, czas powrotu na odysejska sciezke. Dalej na poludnie. Przystanek - Gokarna, swiete miesto poludniowych Indii, hinduistyczne, natchnione, unoszace sie nad ziemia w stanie wiecznej nirwany. Jak dla mnie pelne niezlych freakow dwojakiego rodzaju. Pierwsi, to miejscowi i do zapalu religijnego mam pelny szacunek. Przez miasteczko suna szeregi mezczyzn, na twarzach niektorych widac ekstatyczne uniesienie. Ich jedynym odzieniem jest lunghi, kawal materialu owiniety wokol bioder i sznury korali. Glowy wygolone, czola przyzdobione biala farba i czerwonymi kropkami. Wielu z nich studiuje tu sanskryt. Mamrocza cos do sil niewidzialnych, kazdy niesie dary dla ktorejs z manifestacji ktoregos z bostw. Drudzy to “turysci-tubylcy”, ktorzy sa bardziej bosi i maja wiecej dziur w ubraniach od niejednego Hindusa. Obowiazkiem jest brada, dredy, dla ktorych alternatywa sa niemyte przez conajmniej tydzien wlosy. W cenie jest rowniez wytatulowany na pol reki znak OM, ktory jest hindusistycznym symbolem szczescia. Sa zamysleni, mistyczni, sa anty-trendy, sa po prostu cool. Wiekszosc z nich slucha trans i ostro cpa. Ale moze nieslusznie ich oceniam, moze zbyt malo we mnie tolerancji, moze nie rozumiem, moze Indie to ich zycie?
Samo miasteczko jest kameralne i urocze, choc czuje sie tu dosc nieswojo. Nie jestem pewna, czy bialy sat u mile widziani Pomiedzy nastrojowymi, drewnianymi domkami rozciagaja sie waskie uliczki. Potworny upal spowalnia prace neuronow, otepia zmysly, paralizuje cialo. Ratunkiem sa ogromne plachty materialu rozwieszone nad ulicami, ktore daja upragniony cien. Prawdziwe ukojenie i ulge przynosi jednak dopiero zmierzch. Wtedy mozna spokojnie wyjsc na ulice i plawic sie w strugach swiatla wyplywajacych ze sklepow na ulice, ktore sa jedynym zrodelem swiatla. Czesto zdarzaja sie awarie pradu, tak popularne w calej Azji, wtedy wszystko zalewa nieprzenikniona ciemnosc i na chwile zapada zupelna cisza, przerwane juz po chwili zyciem po omacku.

I dalej przed siebie, wciaz na poludnie, ku rownikowi. Noc w pociagu sypialnym. Nie ma przedzialow, caly wagon jest jedna wielka rodzina. Mi przypada gorne lozko. Przypominam sobie, co mowil Bart, mysle sobie, nie jest najgorzej. Okazuje sie jednak, ze moje lozko jest jak trumna, do ktorej musze jeszcze wciagnac swoje bagaze. Co otwieralam oczy to na przeciwleglym lozku lezay inny Hindus. Spalam wiec z otwartymi oczami. Ale ten ostatni, juz rano, otworzyl oczy, powiedzial “Good morning” i usmiechnal sie do mnie. Upewnilam sie, ze to co mam pod glowa, to plecak duzy, a to, co mam na klatce piersiowej i mocno sciskam obiema rekami, to plecak maly, mowie wiec “Good morning” i odwzajemniam usmiech. A nad moja glowa ogromny pajak owija bialym szalem zardzewialy wiatrak. Wreszcie dojechalismy do Kochi (stan Karala).

agnesz 2006-11-27 05:06:54
skomentuj (6)
SHANTI SHANTI



Oboje sa niezle ustawieni i gardza takimi miejscami. Deb ma 27 lat, poznalismy sie podrozujac po Stanach Zjednoczonych 5 lat temu. Juz wtedy mowilam, ze go odwiedze w Indiach, nie wierzyl…Amrita, jego narzeczona, 28 lat, co wyraznie wybiega poza indyjska tradycje, ktora nakazuje, aby maz byl o 1/3 starszy od zony. Mieszkaja razem, choc rodzice nic nie wiedza. Ich malzenstwo nie bylo zaaranzowane, choc z badan wynika, ze wlasnie te sa najszczesliwsze i choc tradycja wybierania przez rodzicow partnera dziecku jest w tym kraju ciagle zywa. W lutym wesele. Ilu gosci? Jakies 1500 osob, nasze rodziny sa duze, tlumacza. Amrita zamowila juz 7 sari, na 7 dni wesela. Na pozegnanie Deb i Amrita zaprosili nas na wypasiony obiad do Hiltona, mowiac, ze choc tyle chca nam dac…

To bylo juz kilka dni temu. Dzis wstalam o 6 rano, zeby zobaczyc jak rybacy wyplywaja w morze o wschodzie slonca. Potem usiadlam na werandzie plazowej restauracji delektujac sie masala chai, czyli lokalna bardzo slodka herbata zaparzona w mleku, z dodatkiem duzej ilosci imbiru, galki muszkatulowej, cynamonu i zielonego kardamonu. Dotarlysmy do raju, mieszkamy n ajednej z niebianskich plazy. Bialy piasek, palmy wyciagniete na swoich zyrafich szyjach, przyjazdne promienie slonca. Wzieta przez zatoke w ramiona woda jest ciepla i spokojna. Nad glowami zbieraja sie czarne chmury krukow, ktorych glosne krakanie nie brzmi wcale zlowieszczo w rajskim krajobrazie. Do tej pory te ptaki laczylam raczej, z zima, roztopami, blotem, polem, wierzba i para lecaca z ust. Na horyzoncie widac gorzyste, bezludne wispy, ktore nawet w wyobrazeniach doroslych, musza kryc jakis skarb. Plaze przemierzaja radosne krowy, miedzy ich nogami placza sie rozowo-czarne, diabelsko kosmate, male warchlaczki i stada poczciwie patrzacych psow. Noca, swoja wielka sypialnie maja tu czarne, drewniane lodzie, ktorzych kadluby wypoczywaja przed kolejnym dniem lowow. Dywanami w rybackiej sypialni sa rozciagniete na piasku potezne sieci.

Od czasu do czasu przechadzaja sie sprzedawcy ananasow, kokosow i bananow. Nie sa nachalni. Czasem tylko przychodzi mala dziewczynka z jeszcze mniejszym bratem i wbijaja ogromnym mlotem jeszcze wieksze gwozdzie w piach. Na palach montuja trzy potezne pale z jednej strony i trzy z drugiej. Miedzy nimi rozciagaja line, na wysokosc 3 m nad poziomem morza, ktore rozciaga sie w tlke stanowiac precyzyjny punkt odniesienia. Mnie odebralo juz mowe, gdy dziewczynka wspiela sie po palach na line, a prawdziwe show zaczelo sie dopiero pozniej. Od pala do pala na palcach, z powrotem zajeczymi skokami, tam stapajac po obreczy kola, z powrotem z trzema naczyniami na glowie, na kolanach w dodatku. A wszystko to w tempie meczu ping-pongowego. Wtorujac siostrze, chlopiec wygrywal ostre rytmy na miedzianym talerzu. Pozniej szybka rundka po kase wsrod przechodniow i dalej. Hindusi to urodzeni cyrkowcy.

Spimy na samej plazy, w drewnianym domku na palach. Jedynym przedmiotem na naszym wyposarzeniu jest ogromne lozko, z jeszcze wieksza biala moskitiera, ktora trzyma z daleka wszelkiego rodzaju robale i demony. Wieczorami pijemy lokalny browar, przy swiecach, w knajpce rozbitej tuz przy naszym domku. Patrzymy w czarna dal, wsluchujemy sie w szum morza, rozmawiamy albo milczymy, wracajac myslami do domu. Spokuj, harmonia, shanty shanty, chwilo trwaj wiecznie. Gdyby tak moznaby bylo codziennie przez cale zycie? A moze mozna? I wracaja egzystencjalne pytania. Co w zyciu wazne? Dokad zmierzamy? Czy to wlasciwy kierunek? A niedlugo plecak na plecy i dalej na podboj poludnia. W strone cypla, poznac inne oblicza, inne miny tego dziwnego kraju, ktory ciagle trzyma w napieciu i zawsze ma cos w zanadrzu, ktory nie przestaje zaskakiwac.

agnesz 2006-11-18 09:42:02
skomentuj (4)
ZAPACH ROZY W BOMBAJU


Bollywood bylo ciezka praca! Dali nam obrzydliwie brudne suknie rodem z indyjskiedo wesela. I sama kreacja bylaby do przyjecia gdyby nie fakt, ze nasza scena w “Hay Baby”, bo taki wdzieczny tytul nosi film, dzieje sie w super nowoczesnym klubie, w Australii w dodatku! Wszystkie panienki odstawione w male czarne, a my w zarowiastych kiecach po kostki, z cekinami i haftem. Na domiar zlego, “charakteryzator” strzelil nam hurtowo uniwersalny makijaz, malinowe powieki, czerwone poliki I brazowe usta, do tego warkocz dobierany na glowie. Obciach po calosci. Zar byl potworny i po cichu modlilam sie, zeby potajemnie splynelal ze mnie ten obrzydliwy kostium wraz z calym make upem. Na tree, two, one wszyscy mieli tanczyc. Jak dla mnie bomba. Okazalo sie jednak, ze taniec opieral sie glownie na machaniu rekami, w celu uzyskaniu efektu ruchu w kamerze. Powtorki trwaly w nieskonczonosc, az do 23. Przez sen nucilam tytulowa piosenke “Hay Baby”. Pocieszeniem bylo to, ze poznalam na planie wiele ciekawych osob, glownie studentow zagranicznych, uczacych sie w miasteczku akademickim niedaleko Bombaju. Byli Kazachowie, Afrykanczycy, wielu Iranczykow. Podobno Indie sa uniwersytetem calej Azji i Afryki, jest tanio, poziom wysoki, wyklady po angielsku. Dodatkowo podziwialam hinduskie gwaizdy, a raczej gwiazdeczki, Shaka oczywiscie nie bylo…oraz tancerki sciagnietych z Londynu i Rosji. Laseczki z Rosji robily za anioly i wykonczone ciaglymi powtorkami snuly sie sennie po planie szukajac swoich skrzydel. Te z wysp, czarnoskore przbrane byly za diably. No to tyle by bylo z mojej kariery w wielkim Bollywood.

Pozniej jeszcze kilka dni w Bombaju, przystani luksusu i wszystkiego za czym teskni Europejczyk rzucony do polnocnych Indii. Pizza stala sie moim najwiekszym marzeniem. Biorac pod uwage moje powazne zatrucie pokarmowe nic w tym dziwnego. Przed tym nie da sie w Indiach uciec. Mozna przemywac dlonie zelem antybakteryjnym, jadac w restauracjach, ale gdy w promieniu kilku kilometrow nie ma bierzacej wody, ciezko o higiene. O kuchni indyjskiej nie chcialam slyszec. Obrzydl mi caly swiat, dochodzace do mnie dzwieki byly za glosne, kolory zbyt jaskrawe, a wszedobylski zapch nie do zniesienia. Smrod krowiego lajna, brudu, natarczywy pyl i kurz w polaczeniu indyjskimi przyprawani byly dla mnie zabujczym arszenikiem. Mialam wrazenie, ze zapach jedzenia unosi sie nad calym subkontynentem, ze dopadnie mnie wszedzie, ze na terenie calego kraju rozstawila sie gigantyczna gar-kuchnia! Kminek szczypal, kolendra gryzla, galka muszkatulowa przyprawiala dokuczala, anyzek oslabial, imbir zloscil, kardamon doprowadzal do mdlosci. Thali, Byriani i Pulao zostaly przeklete. Nawet tutejsze placki, naan, roti, czy paratha starcily moje zaufanie. Lassi-owocowy napoj na zsiadlym mleku takze zostal ostatecznie przkreslony. Wrog kryl sie wszedzie.

Tak wiec blogoslawilam Pizzerie i McDonaldsy, powoli wracalam do formy. Po stanie Radzastan, ktory jest z innej planety i tylko jakims dziwnym zbiegiem okolicznosci znalazl sie na planecie Ziemia, wszelkie manifestacje zachodniego swiata byly w cenie. Radzastan mieni sie wszystkimi kolorami swiata, jest zywa cepelia. Po zamknieciu powiek wciaz wiruje przed oczami. Bombaj stal sie naszym azylem, przystania, wyspa cywilizacji. Czlowiek zdaje sobie sprawe z wlanych korzeni dopiero gdy zanurzy sie po sam czubek glowy w morzu innosci, gdzie wszystko zaskakuje, dziwi, czesto zlosci. Jakim luksusem i jaka radoscia jest poczuc zapach cietych kwiatow sprzedawanych na ulicy. Zapch rozy w Bombaju wrecz oszalamia i wzrusza!


Bombaj jest miedzynarodowym tyglem. Na ulicach jest wielu odzianych na bialo mezczyzn i wiele zakfefionych na czarno kobiet. Tu, sa to kolory smutku. Miedzynarodowy dzien zaloby narodowej? Nie, to muzulmanie, ktorzy w miare pokojowo wspolzyja z wyznawcami hinduizmu i zoroastrianizmu. Ci ostatni to Persowie. Oni sa najbogatsi i najbardziej przedsiebiorczy. Mieszkaja w zamknietych gettach, zakazuja swojej mlodziezy malzenstw miesznych. Chca prztrwac, jak od setek juz lat, dogladaja czystosci wlasnej krwi. Ich ciala, po smierci, wystawiane sa na Wiezy Milczenia, nad ktora unosza sie spasione juz perskimi przodkami sepy.
Bombaj jest Londynem przeniesinych do innej strefy klimatycznej. Na ulicach preza sie wiktorianskie, bogato zdobione neogotycka ornamentyka dostojne budynki. Swiete krowy odganiaja ogonami siedzace na ich brzuchach muszyska przed blyszczacymi wystawami Escady, Versace i Bossa. Mlodzi oddaja sie nocnym rozrywkom, z ogromna pasja uprawiaja clubbing. Dziewczeta raczej zapiete pod szyje, chlopcy raczej rece przy sobie. Hindusi sa pruderyjni. Hindusi sa hipokrytami. Jak donosi “India Today”, 75% chlopcow chcialoby uprawiac sex ze swoja dziewczyna przed sluben, ale juz tylko 25% zgodziloby sie poslubic dziewczyne, ktora nie jest dziewica. Badz tu madra dziewczyno! Tradycja uprawia zapasy z nowoczesnoscia. Nauki Gandiego uginaja sie powoli pod naporem telefonow komorkowych i dzinsow, choc i tak uwazam Indie za fortece indyjskosci.

Moim ulubionym miejsce byl Plac Gatway India, tuz przy bulwarze, zwienczony lukiem triumfalnym zbudowanym na powitanie jednago z monarchow angielskich. Na falochronach leniwie przesiaduje kolorowy tlum patrzacych w dalekie morze miejscowych. O czym mysla? Nie wiem, a moze warto bylo spytac? Wciaz przewazaja turbany I sari, miedzy ktorymi przeciskaja sie miejscowi fotografowie, sprzedawcy lodow na patyku i balonow wielkosci czlowieka, prezentujac, ze mozna w nie walic z calej sily i nic. Jak wytlumaczyc, czlowiekowi, ktorego cale zycie toczy sie wokol balona, ze ja naprawde nie mam co z balonem gigantem zrobic? Drugim kultowym miejscem wsrod tubylcow jest Chawpatty Beach. Piaszczysta plaza faluje od zwiewnych, kolorowych szat. Wszyscy ubrani sa od stop do glow. Ci, ktorzy zdecydowali sie nakapiel, po wyjsciu z wody wygladaja jak wielkoe kolorowe dmuchane ryby. Zakochani trzymaja sie niesmialo za rece, rodzice pilnuja rozbiegajacych sie we wszystkich kierunkach i na wszystkich wymiarach dzieci. Wata cukrowa, kolorowe wiatraki, pieczona kukurydza, przezroczyste balony, z malymi w brzuchu i namiastka wyplowialego wesolego miasteczka, napedzanego sila ludzkich miesni. Ani Deb, ani Amrita nie byli tu nigdy, choc mieszkaja w Bombaju od kilku lat. razu…

agnesz 2006-11-17 18:08:19
skomentuj (1)


Uwaga, uwaga, zarty sie skonczyly! Jutro z samego rana jestesmy umowione ze znanym lownca talentow aktorskich na zdjecia probne do nowej produkcji Bollywoodzkiej! Troche podkolorowane, ale prawda. Sprawa wyglada tak, ze bedziemy caly dzien statystowac przy kreceniu jakiegos musikalu!!! Scena w dyskotece, czy cos. Bollywood poznamy od podszwki, dostaniemy kostiumy, jedzenie, kase i autografy od hinduskich bogow kina, ktorzy ostatnimi czasy wiecej nawet znacza niz Wisznu, Parvati i Ganesz razem wzieci. Absolutnym numerem jeden jest Shah Rukh Khan, ktory wystepuje w kazdej prawie produkcji, gra w kazdej reklamie i jest absolutnie wszedzie. W niektorych krajach nieustannie towarzyszy nam oblicze krola badz wyzwoliciela narodu. W Indiach to popiersie Shah Rukh Khana wisi u fryzjera, w restauracji, gasthausie, wszedzie!!! Reklamuje majtki, Coca-Cole, ostrza do maszynki, frytki, motory, szampon do wlosow. Ma taki swoj magiczny gest, w ktorym wstazujacym palcem prawej reki celuje wlasnie na Ciebie!

Tak sie sklada, ze tydzien temu bylysmy w kinie na najswiezszym hicie, gdzie Shah gral trzy role glowne na raz. Siedzialam niczym zakleta na “Mr Donie”. Nie przez fabule, rozmumialam tylko poczatki, czasami koncowki kwestii. “How’re you?”, “Very bad”, “Listen up!”, “That’s mean!”itd, reszta byla w hindi. Film nie byl typowa bollywoodzka historia milosna, gdzie dwojka kochankow chce, ale nie moze, bo rodzina nie chce, choc moglaby, a bez rodziny nie idzie. Ale potem rodzina tez juz chce, wiec mlodzi moga i jest happy end. Nie, Mr. Don to powazny facet, mafioza, milioner, gangster. On jest zly, bardzo zly I wszyscy sie go boja. Film jest miksem “Matrixa” i “Jamesa Bonda”. Gdy intryga jest bardziej zawila, widz moze znalezc mala podpowiedz w gornym rogu ekranu, gdzie umieszczona jest sugestywna retrospekcja poprzednich klatek. Niestety mi nawet to nie pomoglo, bo totalnie pogubilam sie w roznych wcieleniach wielkiego Shaha. Wlasciwie na poczatku bardzo sie dziwilam, ze postac na ktora skierowanych jest miliard par oczu moze byc czarnym charakterem. Poprzednie wcielenia byly juz biale, wiec problem zniknal, tylko ja nienadazylam…Siedzialam jak zakleta, bo tlum byl zaklety. Jak w hipnozie, na widok Shaha po Sali przelatywalo ciche “oh”, potem gwizdy i brawa. Po drugie, gdy sytuacja w filmie byla juz bardzo napieta, film akcji zamienial sie w miusical i czarne charaktery tancowaly razem z bialymi spiewajac i wesolo podrygujac. A nie mowilam, ze miekkie szyje maja poczucie humoru? Matix Matrixem, Bond Bondem, ale “jestes w Bollywood honey”. No wiec jutro przy odrobinie szczescia uscisne dlon Shahowi. Pozniej ustawie sie na glownym placu Bombaju i bede kasowac 1 rupia za to, ze ktos bedzie mogl dotknac tej blogoslawionej reki. Shah nie jest zadnym typem macho, ani cudem urody, ma troche za duzy noc, troche nieforemne brwi, ale ma w sobie cos bardzo sympatycznego. Moze w tym tkwi tajemnica jego wladzy nad ludzmi? W sumie to wolalabym zagrac obok Johna Abrahama, bo jest mega przystojny, albo obok takiego drugiego wielkiego gwiazdora (nie pamietam nazwiska), poniewaz ma 6 palcow u dloni, a czegos takiego jeszcze w zyciu nie widzialam.

Juz jutro bede w wielkim swiecie, a jeszcze wczoraj podrozowalam trzecia klasa. Kto by pomyslal? Od pucybuta do milionera, juz nie tylko w Hollywwood, ale tez w Bollywood? Z Jodpur do Bombaju jest 600 km. (Wszystko co bylo wczesniej opisze pozniej.) W zwizaku z tym, ze w Indiach populacja wymknela sie bogom spod kontroli, jest problem z transportem. Byl plan jechac pociagiem. Nie ma miejsc. Autobusem turystycznym? Nie ma miejsc. Autobusem lokalnym ?
Sypialne, czy siedzace ?
Eeeee, siedzace.
To byl blad, a moze blogoslawienstwo ? Bylysmy jedynymi bialymi, wiec z poczatku wzbudzalysmy powszechne zainteresowanie. Gdy gapiostwo sie skonczylo, rozpoczely sie wszelkie paskudztwa tego swiata. Papieroski, nieustajacy dzieciecy placz, glosne beki, charchniecia, plucie. Moja frustracja gestniala, tolerancja spadala. A ten wewnetrzny proces zostal gwaltownie przerwany, wienczacym wszystkie poprzednie ochydy pawiem, ktory polecial z przednich, lezacych gornych miejsc, przeszyl caly autobus niczym strzala i znalazl w koncu ujscie na indyjskich bezdozach. Ratunkiem okazaly sie duszne kadzidla, ktore w ogromnych ilosciacj, kierowca darowal indyjskiemu swietemu krzysztofowi. Aby przupomniec pasazerom, ze wciaz jeszcze Indiach karmil nas sound trackami prosto skad ? Z Bollywood !
Na postoju wszyscy mezczyzni wpatruja sie w teledyski przebojow z autobusu. Do momentu az wysiadamy z Agami z wehikulu, bo potem wpatruja sie z nas. Po 16 godzinach rozkosznej przejazdzki wkoncu wychodzimy na wolnosc w Suracie i z nadzieja, prawie miloscia patrzymy w strone stacji kolejowej. Kierunek Bombaj, ale miejsca sa tylko w trzeciej klasie. Nic nas juz nie zdziwi. Bierzemy. Nadjezdza pociag, zwalnia. Pasazerowie wylewaja sie przez kraty w oknach. Tu dlon, tam stopa, nos, policzek. Gdyby nalozyc na takie okno rame, bylby kubistyczny, zywy obraz, dzielo sztuki stworzone, nie jedna, a wieloma ludzkimi dlonmi. Pociag zwalnia, wylewa sie tlum, inny pcha sie do srodka. Nie widze szans. Podchodzi jakis typ. “No sits, no sits! You wan a sit, 50 rupis.” Dalabym nawet 5000 byleby ktos mnie stamtad wtedy zabral. Mysli zaszly czarnymi chmurami, poddalam sie. Ani sie obejzalam a wszystkie trzy zmaltretowane siedzialysmy nad hinduskimi glowami, na polce na bagaz. Podniosl sie lament, zdjelysmy wiec buty I polozylysmy je na starym, charczacym wiatraku. Pomoglo, wszyscy zaczeli sie usmiechac. Nastepne 5 godzin w waskiej przestrzeni pomiedzy sufitem, ktory jest bezlitosnie blisko naszych glow I glowami innych pasazerow, ktore sa niebezpiecznie blisko naszych siedzen. Teraz juz tylko pol godziny w odejmujacym mowe tlumie kolejki podmiejskiej. Rzut okiem za okno. Marze o pustyni, lace, o srodku oceanu. Ze zmeczenia mysli fikaja koziolki. Przeciez jeszcze przed chwila bylam w Indiach, a…a teraz spowrotem w Ameryce Poludniowej…Lima, Sao Paolo, Mexico City, czy innym molochu, ktory dobrowolnie lub z przymusu przygarnia pod wlasne skrzydla tych, ktorym w zyciu nie wyszlo. W tym przypadku, tych, ktorzy przyszli na swiat nie z tego nasienia, nie w tej warnie, nie w tej kascie. Nomadzkie namioty I kartonowe domy stoja na gigantycznym wysypisku smieci Mikro Odyseja skonczona, nie rodzinna Itaka, czy Lodz, ale Bombaj zdobyty. Roi sie od ludzi szukajacych, dlubiacych, luskajacych, pogodzonych z wlasnym losem. Bez buntu, nawet bez pytania poddajacych sie wlasnej karmie. Wiedzacych, ze nie wolno, a nawet nie chcacych naruszyc odwiecznego porzadku swiata, ich swiata. Zasluzyli sobie na ten los. Jesli dobrze wypenia swoja role stop w organizmie spolecznestwa, awansuja do roli ud-Wajsjow, ramion-Ksztriow, a moze nawet I ust-Braminow w przyszlym zyciu. Dzis sa Sudrami. Dzis obwarowani sa samymi zakazami I nakazami. Dzis sa od brudow, piora, gola brody, lowia ryby, wyrabiaja bebny. Do ich obowiazkow nalezy takze trzymanie sie z daleka od reszty kast. Miedzy nimi, a reszta spoleczenstwa stoi potezny mur, potezniejszy nawet od Muru Chinskiego, bo choc transparetny, noszony w srodku przez kazdego z miliona Hindusow. Oficjalnie w Mombaju mieszka 14 milionow, realnie 40! I choc jest tu bardziej europejsko niz w polnocnych Indiach, nie czuje sie jak w Polsce. Tu Anglicy odcisneli najwieksze pietno, tu mieli swoja baze dowodzenia. Tu jest indyjski Buckingham Palace, indyjski Big Ben I krykietowy szal.

agnesz 2006-11-09 19:20:37
skomentuj (9)
HART END SOL, NOT MANI IMPORTANT


Na poczatku bylam bardzo nieufna, zamknieta, czasem niemila. Indie mnie przestraszyly...Miejscowi okazali sie jednak swietnymi ludzmi. Coz za odmiana po Indochinach! Moze dorownuja im Brazylijczycy. Tyle tylko, ze w Brazylii wszystko jest z podtekstem i dotykaniem, tutaj tego nie ma. Faceci ogladaja sie coprawda, ale kobiety takze to robia. Czasami jakis wyrosniety nastolatek, cos krzyknie, zazartuje,chce byc cool, ale od razu spotyka sie z nagana od swoich kolegow. Himdusi sa grzecznymi i uprzejmymi ludzmi. Spodziewalam sie dzieciakow i zebrakow wiszacych u moich ramion i nogawek. Jest spokojnie. Tutejsi, wbrew pozorom sa dosc europejscy, maja podobne do nas poczucie humoru! To jest niesamowite, ze mozna pozartowac z turbanem albo z sari. Choc czesciej zartuje z turbanami, mezczyzni sa bardziej otwarci, kobiety skryte, wysylaja wstydliwe usmiechy spod kolorowych chust i radosnie przewracaja oczami. Mezczyzni za to podchodza, zagaduja, pytaja, oferuja pomoc, bardzo czesto zupelnie bezinteresowna. Czesto tez mowia, ze przychodza na swiat bez niczego, wiec chca tak samo odejsc. Bla, bla, bla konczy sie u nich w sklepie. Ale bardzo lagodnie przyjmuja odmowe zakupow, godza sie z wlasna karma, poddaja losowi. Nie chce kupic, to moze nastepna, nastepny kupi. “Hart end sol, not mani important”. Ogromnym plusem, dziekuje ci korono angielska, jest fakt, ze mozna sie porozumiec po angielsku. Bez tego nie wyobrazam sobie podrozowania po tym basniowym wysypisku smieci, ludzi i krow.
W kontakcie z tubylcami nie moge tylko przejsc tutejszej “miekkiej szyji”. Zadajesz Hindusowi pytanie. On kreci glowa. Ani wertykalnie, ani horyzontalnie. Zatacza broad duze kolka i za cholere nie wiadomo czy to jest tak, czy tez nie. Nie czuje sie urazu do bialych, raczej szacunek i podziw. Czyba w zyciu tyle osob nie chcialo sie ze mna sfotografowac lub chociaz chwycic mnie za dlon.

agnesz 2006-11-07 10:50:53
skomentuj (5)
W KOLEJCE PO KAZDY KROK


Dehli
"On the road again", tym razem zupelnie spontanicznie, niemalze w ulamku sekundy zapalilo sie w glowie - Indie. Nie wiem dlaczego, nigdy wczesniej nie myslalam o tym kraju. Przed wyjazdem zapytalam Barta, jakie sa Indie.
Odpowiedzial : Inne niz kazde miejce, w ktorym bylas.
Ja : ?
Bart : Pamietaj tylko, zeby zawsze brac gorne miejsce lezace w pociagach.
I to wszystko. Teraz jestem tu juz tydzien i nie koncze sie dziwic...nie wiem, czy Indie moga w ogole przestac kiedys dziwic.
Siedze, moje palce przyklejaja sie do klawiatury kompa. Tutaj kazdy przedmiot dotykany byl miliony razy przez miliony brudnych dloni. Wszystko sie klei, caly kraj powleczony jest cienka warstwa gumy arabskiej. Mycie dloni nie pomaga, pozostaja wiecznie brudne. W powietrzu unosi sie blotna mgla, ktora rozmywa obraz, nadajac otoczeniu jeszcze wiecej egzotyki, a moze ratuje zmysly przed szalenstwem? Barwy, zapachy, dzwieki...Wiadomo, ze zawsze rzucaja nam sie w oczy, gdy jestesmy dalejeko od domu. Ale tutaj otoczenie odbywa szalenczy wyscig probujac dobic sie do czlowieka z kazdej strony, nie daje chwili wytchnienia, narzuca sie i nie sposob go wyminac.

Ja, Aga i Aga - Dehli, srodek nocy. Jestesmy zupelnie nieprzygotowane do tego wyjazdu, jesli do Indii w ogole da sie przygotowac. Taksowkarz wyrzuca nas w samym srodku stolicy. Cisza. Po ulicach biegaja tylko wychudzone psy, ganiajac sie po dachach samochodow. Od czasu do czasu przemyka krowa. Depczemy po skorupkach jajek, obierkach, plaskikowych torbach - pastwisku swietych krow. Rzeczywistosc coraz bardziej traci na wiarygodnosci. Czy to mozliwe, zeby tak wygladala stolica? Czy tsunami doszlo az tutaj? Budynki ozywaja, zaczynaja sie krecic. Cala ulica sie rusza i wierci. Podnosza sie chude szkielety, bezdomni przewracaja sie na drugi bok. Niczym zywe trupy, bezglosnie wlepiaja w nas swoje duze, blyszczace oczy. W zadnym hotelu nie ma miejsca. Mam ochote jak najszybciej stad uciec, jeszcze tej nocy jedziemy na poludnie taxowka.

Budzi sie dzien. Czerwone, wschodzace slonce wyglada jak wyciete z kolorowego papieru i naklejone na mgliste, mleczne tlo. Jeden czlowiek, drugi, dziesiaty, setny, cala lawina, ocean ludzi. Kazdy chaotycznie, choc bez pospiechu podarza we wlasna strone. W przeciwienstwie do pustki nocy, teraz robi sie coraz ciasniej i bardziej klaustrofobicznie, bardziej bez wyjscia i bez wyboru. Lawina wciaga, pochlania, potem wypluwa po drugiej stronie ulicy. Tutaj codzienne zycie jest ciaglym satniem w kolejce po kolejny krok. Wszedzie ludzie, tu turban, tam sari. Nie da sie policzyc do 10 i nie zobaczyc czlowieka. Z kazdej strony ktos. Jak nie ktos, to przynajmniej pies, krowa, motor, riksza, samochod. Najwiecej przestrzeni ma sie w pokoju hotelowym, co za paradoks.
Oczywiscie dzis jestesmy juz daleko od Dehli, ale do tej pory nasza podroz byla gonitwa i nie bylo czasu na blog. Wszystko nadrobie.

agnesz 2006-11-06 17:53:28
skomentuj (4)
WAZ W 10 ODSLONACH


Wietnam od kuchni
Z tym pisaniem bloga, to wcale nie taka latwa sprawa.Zebym mogla cos napisac temat musi sie ulezec, musze go jak ten WAZ, porzadnie przetrawic. Gdy dochodze wreszcie do jakichs konkluzji, jestem juz tarcza dla tysiaca nowych wrazen.
Ale mruze oczy i przenosze sie dwa tygodnie wstecz.
Jest wieczor, juz ciemno. Ania kieruje, ja pilotuje, mkniemy ulicami Hanoi na skuterze. Dzis na kolacje waz w 10 odslonach!!! Sciskam w dloni wizytowke znanej restauracji, ktora slynie z "roznych roznosci"...Centrum miasta maleje w oddali, bladzimy w zakamarkach przedmiesc. Jest! To chyba tu...Wchodzimy, smierdzi jak w zoo. W powietrzu wisi tajemnica i zgroza.Wszedzie stoja ogromne sloje z wezami zanurzonymi w roznobarwnych cieczach.Po prawej klatka z ich wijacymi sie jeszcze bracmi i siostrami. Gdyby mnie ktos pytal o zdanie, to wolalabym chyba juz opcje sloik, tudziez butla i plawic sie w jakims mocnym alkocholu. Te co jeszcze zyja musza sie czuc jak w krematorium. Dalej ponury jezozwierz liczy ostatnie godziny, jakas dziwna rajska ptaszyna uklada sie do snu. Gdybym wspiela sie na wyrzyny autoperswazji, moze wmowilabym sama sobie, ze to wszystko to tylko niekonwencjonalny wystroj. Ale przerazliwe mialczenie mlodych kociat, blagalnie patrzacych zza krat przypomina, ze to miejsce to...rzeznia!!! No nic nie ma juz odwrotu!!! Ktorego sobie rzycze? No to moze tego o tam wiszacego na galezi. Oczka ma zamkniete, moze spi...lepiej dla niego, potem sie powie "zmarl podczas snu". Bardzo prosze.
Ciach! O glowe krotszy...ale ciagle sie wije. Ciach! Serce powedrowalo juz do kieliszeczka, widac jak pulsuje...ale oble cialo wciaz podskakuje. Ciach!Ciach!Ciach! Waz sie zwezyl, poszatkowany w dlugie, cienkie paski...ale wstegi jeszcze wiruja. Buch!nela para, polal sie wrzatek...ale paski caly czas tancuja. Wpadam w paranoje...wszystko mi sie juz wije i pulsuje. Juz mam przed oczmi przekruj swojego zoladka z wezowa rodzina w srodku. Zastanawiam sie, czy wieczorna ofiara widzi teraz swiat w kawalkach, moze we stegach? Halo!!! Pani Agnesz, czy Szanowna Pani nie spedzila dzis przypadkiem zbyt duzo czasu na sloncu? Powrot do rzeczywistosci.
Siadamy do stolu i czekamy na 10 wezowych dan. Zupa wezowa, waz parowany, na ostro, w wazywach, sote, pieczona skora wezowa...i deser rownie wezowy jak cala reszta. Juz mi sie przed oczmi zweza, a mila pani pyta, czy walne piecdziesiatke z krwi? Czyjeje? Bingo!!! Weza!!!Na krew sie nie skusilam, ale cala reszta jakos przeszla powoli przez przelyk, a potem dalej spelzla...Coz moge powiedziec. Najciezszy byl pierwszy kes, a potem juz waz jak waz, hihihi.
Za psa grzecznie podziekowalam. Golebiem pogardzilam. Zabe moze innym razem.

Jak juz jestem w kuchni, to dodam jeszcze kilka slow. Wietnamczycy sa zupnymi fanatyklami. Kazdy dzien rozpoczyna i wienczy Pho(najczesciej) Ga, czyli zupa (zwykle)kurczakowa. Oprocz glownego, ptasiego, bohatera skrywa w rozgrzanych czelusciach nitki ryzowego makaronu i rozmaita zielenine. A zielenine maja tu wyborna!!! W roznych odcieniach i smakach. Salaty, liscie, kielki, korzenie, warzywa. Moim prywatnym odkryciem jest "morning glory" inaczej "water grass". Opisu brak.
Ile w Peru gatunkow ziemniaka, tyle tu odmian ryzu. Dla mnie kazdy smakuje identycznie...Tak, czy siak w duecie z, bliskim kuzynem noszacym to samo nazwisko - ryzowym makaronem, stanowia podstawe kazdego posilku.
Do smaku zawsze chili i sos sojowy. Mniam, mniam.
Zero pieczywa, zero nabialu. Tylko ryz, makaron, ryz, makaron, zieleninka i troszke, a to kurczaka, a to swinki, a to krowki. O wspomnianych juz wyzej delikatesach nie mowiac. No i mistrzostwo w kategorii "sprin rolls" (saigonki) wedruje na ramiona Wietnamczykow, bez dwoch zdan. Caly trik kuchni azjatyckiej kryje sie w rozmaitych maczankach. Do kazdego dania, inna maczanka w malej miseczce. Dlon-paleczki, paleczki-jakies danie, jakies danie-maczanka, maczanka-buzia, mlask-mlask, polkniete. Scenariusz jest podobny, zmieniaja sie tylko bohaterowie.

Do stolu nakryto. Tubylcy nie uzywaja noza. Kazdy posilek rozgrywany jest za pomoca paleczek i lyzki. Czasami z pomoca przychodzi widelec. Noz za to ma wstep surowo wzbroniony, czy to sie komus podoba, czy nie. Mysle, ze gdyby Wietnamczykowi wreczyc noz i widelec mogloby sie to krwawo skonczyc. Bekanie jest jaknajbardziej ok., glosne mlaskanie i siorbanie, zadnego problemu.
Chociaz to moze ja sie zadaje glownie z kierowcami autobusow?

Owocowy raj! Lista przebojow, skupmy sie na pirwszej trojce (sugestia autora, nie moglam sie oprzec, tak to smiesznie brzmi):
"dragon fruit"-wyobrazajac sobie pierwsze lepsze drzewo w rajskim ogrodzie, widze rodzicielke tego fantazyjnego owocu; odblaskoworozowy, z delikatnymi zgruubieniami na podobienstwo kolcow, srodek bialy z malutkimi, niczym mak, pestkami; smak slodki, ale nienachalny
"jack's fruit"-duzy, dostojny, brazowy i z kolcami, pod skorupa kryje, wesole, kruche ruloniki, pychota!
"duriam"-na medalowej pozycji znalazl sie nie z powodu walorow smakowych, a za oryginalnosc i inwencje tworcza; z zewnatrz nic ciekawego, ale w srodku kryje biale "kielbasy", ktore nie dosc, ze strasznie cuchna to smakuja jak...sama nie wiem co, ale potem czlowiekowi odbija sie cebula!(duriam ma zakaz wstepu do pomieszczen zamknietych i to nie jest zart)

Jedzonko wysmienite, ale nie lepsze niz w Kambodzy, czy Tajlandii, ktora moim zdaniem jest nie do pobicia. Mleko kokosowe i trawa cytrynowa hipnotyzuja zmysly, ale o tym jeszcze wspomne...po kursie tajskiego gotowania. Wietnam o cala dlugosc wyprzedza jednak Laos, gdzie kuchnia jest miksem resztek po wczorajszej kolacji sasiednich krajow. No moze miano imponujacej moznaby nadac pikantnej salatce z papaji...

agnesz 2005-09-04 17:49:37
skomentuj (7)
BYLE Z NURTEM


Hanoi (Witnam)
Zgodnie z prawami miejskiej dzunglii, podjelam wyzwanie, walczylam i ja. I to jak rowny z rownym. Padlo :"To co, wypozyczamy skuter?" Moje usta wypowiedzialy "tak", zanim glowa pomyslala "nie". A "my", odnosi sie do mnie i mojeje serdecznej kolezanki Ani, ktora jest pogromczynia wszelkich pojazdow ulicznych. I tu dla wtajemniczenia troche bardziej prywatnie, choc przez caly czas probowalam tego uniknac...
Wiec tegoroczna wyprawe rozpoczelam z moja Slodka Matka, Matka nad Matkami, Najlepsza na Swiecie. Dzielnie pokonywala trudy i wyzwania azjatyckiej rzeczywistosci. Nie jest moze urodzonym backpackerem, ale zachowala zimna krew do konca. Od jej wyjazdu standard mojej podrozy drastycznie sie obnizyl...Z trzech gwiazdek przeskoczylam na 6 zeta za noc. Z milych restauracji na stragany uliczne. W kazdym badz razie, Moja Slodka Matka robila furrore wsrod braci backpackerskiej i wsrod tubylcow, pieszczotliwie nazywajacych ja "Mami". Prawdziwa dama w kazdym momencie, w kazdych okolicznosciach. Starannie dobrany stroj "safari style" i regularne wizyty w miejscowych salonach pieknosci. Kocham moja Mamme. Mame odprowadzilam na lotnisko, ucalowalam i wsadzilam do samolotu. Z nieukrywana ulga powrocila w rodzinne strony. W Hanoi spotkalam sie z Ania. To wlasnie z nia rozgryzalam zasady wietnamskiego ruchu ulicznego, a raczej jego umowne substytuty.
Wiec, kierowca byla Anuszka, ja pasazerem i ups...pilotem. I musialam wytezyc wszystkie zmysly i pobudzis wszystkie szare komurki, zeby nie przegapic kiegy ulica Hnag Bat Dan, przechodzi w Hang Bo, zeby pozniej niepostrzezenie przeistoczyc sie w Hang Bac. Gdzie Phu Tran Nhat Duat, a gdzie Tran Quang Khai...Totalne pomieszanie z poplataniem. W calej stolicy nie chyba dwoch ulic prostopadlych, nie ma dwoch rownoleglych. Hanoi to gigantyczna pajenczyna alejek.Ktora ulica jednokierunkowa? Bip, bip. bip!!! Biiiiiiip! Glowa peka!!! 96 procent kierowcow nie ma w Wietnamie prawa jazdy. Bip. bip, bip!!! Biiiiiip! Glowa peka!!! Zadnego znaku drogowego. Bip, bip, bip!!! Biiiiiiip! Glowa peka!!! Kto ma pierwszenstwo? Dobre pytanie, bo pierwszenstwo maja wszyscy. Biorac pod uwage okolicznosci, nie ma wypadkow. Cala sztuka polega na umiejetnym poddaniu sie pradowi. Harmonijnym plynieciem skuterowa rzeka. Zgodnie z dalekowschodnia filozofia, tak jak wszyscy, nie wyrozniac sie, nie odstawac, nie wyprzedzac, nie zaklocac. Wiec dalysmy sie porwac z Anuszka. Ta dziewucha ma jaja, a ja po kilku godzinach...ups...wiedzialam gdzie pn, a gdzie pd. Cudnie bylo tak, ze zasiedzialam sie tu troszku.
Ku glebokiej mej rozpaczy, ten narod pracy wytezonej, potu czola i nabrzmialych zyl nie zna pojecia wolnego czasu. Ta pozycja jest totalnie nieobecna w swiadomosci tubylcow. A szczytem rozrywki jest chyba poranne tai chi. Biedni, nie maja nawet do czego odliczac w pracy, na mysl czego sie radowac. A moze oni raduja sie i bez tego?
Psuedobary zamykaja o 12, w porywach do 1..jak wlasciciel zna kogo trzeba. Tubylcy siedza jak na stypie, atmosfera grobowa...tylko glosne techno przypomina, ze to piatkowy wieczor. Czasami jakis palec wystuka niesmialo kilka rytmow o blat stolu. Czasami ktos zapali papierosa. Wybila pierwsza. Dobranoc sie z Panstwem.
Ale zaraz, zaraz. Sa tez miejsca dla wtajemniczonych, najczesciej obcokrajowcow pracujacych w Hanoi. Pukac trzeba szyfrem. Otwieraja sie drzwi. Na ciemna zupelnie ulice pada, zabarwiona dymem papierosowym smuga swiatla. Wysuwa sie glowa. Patrzy w lewo, patrzy w prawo. Jest bezpiecznie. Szybko do srodka. Tam biali wspominaja berlinskie, brukselskie, nowojorskie noce. Istna prohibicja jak slowo daje.
Pseudodyskotek nie polecam. Wchodze. Pustki. Sami faceci. Spazmatycznie podskakuja w rytm lupanki. Pelno policji. A to co? Robotnicy drogowi przyszli prosto z pracy rozerwac sie troche? Nie, to kelnerzy. Biedakow ubrali w odblaskowe, pomaranczowe kombinezony robotnicze. A moze to najnowszy trend kelnerski? Nie sadze. Za barem skapo odziane panienki. Podchodze. Prosze o tequile. Nie ma? Zaraz sprawdza. Jest? Dobrze. Dopiero po chwili widze, ze nie ma zadnego alkoholu w zasiegu oka. Wszystko spod lady. Nic nie rozumiem. Wychodze.
Z tej bogatej ofery wybieram po prostu "Bir Hoi""na ulicznym bruku. Zloty piecdziesiat za chlodniutki kufelek pyffka...i na kladace sie juz spac stragany popatrzec mozna. Rozwodnione, ledwo zolte i z muchami, ale co mi tam. Dwadziescia centymetrow nad ziemia, na plastikowym stolku siedze. Ktos charcha i pluje. Ktos wcina suszonego, cuchnacego oktapusa. Ale na kontinuum swoj-obcy przesuwam sie powolutku ku Wschodowi.

Jutro rano mauzoleum Wielkiego Ho Chi Minha. Ostroznie! Zadnych rozmow! Zadnych okryc glowy! Rece z kieszeni! Powaga, szacunek i czesc!!!

agnesz 2005-08-29 19:18:41
skomentuj (6)
PARYZ Z WYPOSAZENIEM WIETNAMSKIM


Hanoi (Wietnam)

Jakies 50 lat wstecz, Paryz-dzielnica Lacinska. Jak dodamy do tego setu narod wietnamski, stworzymy szkic Starego Miasta w Hanoi. Waskie, krete uliczki, istny labirynt. Wiszace nad glowami prewody elekryczne dodaja wdzieku. Gdyby sie wspiac wysoko na palce moznaby ich dotknac...Uliczki pekaja pod naporem tetniacego zycia. Dobrze, ze rosna kasztanowce...zawsze mozna sobie spojrzec w gore i odplynac myslami. Pelne uroku stare, dwukondygnacyjne kamieniczki, pamiatka po Francuzach, tworza atmosfere i nadaja miastu europejskie oblicze. Najczesciej zolty, sprany pora deszczowa tynk, zwienczony jest gliniana dachowka. Kocham Hanoi! Na tej ulicy mozna kupic pedy bambusa, na kolejnej zywego koguta. Tu z kolei unosi sie tajemny zapach, to krolestwo chinskij medycyny i dlugowiecznosci...Wielkie suszone grzyby, zenszen w kazdej mozliwej postaci, suszone nietopeze, koniki morskie i rozgwiazdy, wielkie sloje wodki ryzowej z wezami, skopionami i niedzwiedzimi lapami. Na tej ulicy naprawia sie rowery. Na kolejnej mozna sie ostrzyc. Bezlitosne slonce odbija sie w ,wiszacych na murach, lustrach. Przed lustrami rozciaga sie rzad foteli fryzjerskich, powialo retro.
Wszystko to wylewa sie z chodnikow na jezdnie. Pieszy nie ma zadnych praw. Zostaje jezdnia. A tu roji sie od skuteow, motorow, roweow i cyclo. Cyclo, przezabawny wehikul, rower o bardzo wysokim siodelku i kieownicy. Zamiast koszyka, z przodu, przymocowany ma krolewski tron. A na tym tronie woza sie biali...Ale nie tylko, bo Wietnamczycy tez. Roznica tkwi w liczbach (jeszcze raz to powtorze, Wietnam kocha sie w liczbach). Bialy laduje sie sam. A tubylcy skladaja swoje drobne, mimozowate cialka w kosteczki i laduja na jeden marny pojazd calymi rodinami, rodami. Nie moge wyjsc z podziwu. A biedny "cyklonowiec" mrozy tylko oczy i mocnij pedaluje.
Wracajac do watku...Pieszy nie ma wyboru, skazany jest na jezdnie i laske kieowcow. Do tego wszystkiego dochodza liczni handlarze "mobilni", ktorzy zgonie z najnowszymi trendami w marketingu swiatowym, z towarem wychodza do klienta...a raczej chodza za klientem. I goni cie kwiat lotosu, orchidea, czy amarylis, albo mango z winogronami i "dragon fruitem". Biedna kobieta ugina sie po ciezarem kija zakonczonego z obu stron koszami. Kij wygiety, kobiece plecy wygiete. Dobrze, ze na glowie ma stozkowy kapelusz, przynajmniej slonce nie dokucza. Kazda starsza wietnamka kurczy sie w podobny sposob. Garbate, poczciwe, stare plecy i bardzo krzywe zmeczone nogi. Trudy zycia rzezbia je na jeden wzor. Na pewno kiedys nosily ciezkie kosze na patyku...a moze wciaz nosza. Tu pracowac musi kazdy!!!
Z calego tego kotla ulicznej rozmaitosci do moich ulubionych naleza przewozne bodki z "kluskami na parze"-kule ciasta ryzowego skrzetnie skrywajace rozne tajemnice, czasem slodkie, czasem slone. Kluski jak kluski, handel handlem, gdyby nie oprawa muzyczna calego przedsiewziecia. Uwaga! Popowe kolendy po angielsku. Numerem jeden jest wciaz George Michael i jego niezapomniane "Last Christmas I gave you my heart". Sprzedawcy czesto wtoruja swojemu idolowi. Cwicza pewnie przed wieczornym karaoke, hihihi. Za kluskami na parze plasuja sie tuz, tuz gadajace wagi na kolkach...
Hanoi, moze caly Witnam, a moze cala Azja jest skrajnie trojwymiarowa!!! Zawsze cos przecina pole widzenia, przebiegnie dziecko, przemknie skuter. Zawsze przed pierwszym planem jest plan super pierwszy.

agnesz 2005-08-28 14:51:33
skomentuj (6)
WZDLUZ BRZEGU


Tak, ortografia zdecydowanie nie jest moja mocna strona. Ale o tyle, o ile forma zawsze byla dla mnie istotna, tak teraz klade na to lache. Jestem wczesniakiem, jednoczesne skupienie sie na formie i tresci przekracza moje mozliwosci. Bije sie w piers.

Szlak mojej wedrowki wiedzie z polodnia na polnoc. Gdzie nie spojrze zielono. Wesole zdzbla ryzu mocza nogi. Monotonny krajobraz przerywaja tylko…biale ogromne plyty grobowe! Takie samotne i takie nie na miejscu, tworza zupelnie surrealistyczny kolaz. W zaden sposob nie moge ich podciagnac ani pod buddyzm ani hinduizm. Katolikow tu co prawda duzo…Jesli chodzi o wyznawcow Chrystusa, to Wietnam zaraz po Filipinach przoduje w Azjatyckim rankingu. Ale na katolicki cmentarz tez mi to nie wyglada. Rozwiazanie zagadki jest dosc zaskakujace. Kult zmarlych!!!
Przecietny ankietowany:
Religia? Buddyzm
Rodzina i obowiazek obywatelski? Nauki Konfucjusza
Zagadnienia natury i kosmosu? “Cos im to Tao dalo?”
A madrosc ludowa, madroscia ludowa . Chlop swoje wie i przodkow czcic trzeba…dla wlasnego spokoju i pomyslnych plonow. Wiec stoja takie samotne, biale plyty. Do towarzystwa maja tylko zlozone w ofierze paki lotosu, banany, orzechy kokosowe…no i zawsze wierne pola ryzowe. Jakie to dziwne, ze ludzie na kazdej szerokosci geograficznej maja podobne obrzedy. No powiedzmy, ze w Polsce “Dziady”naleza juz do przeszlosci, ale taka Afryka na przyklad. Kazda zagrode, kazda lepianke strzeze czaszka pradziada.

Mowia, ze polnoc kraju zupelnie inna od poludnia. Ze polnoc to z Chinami, Rosjanami i niemila, a poludnie z Amerykanami i mile. Ja wiem…Moze za malo czasu tu spedzilam, zebym mogla przytaknac.

Nha Trang (Wietnam)

Kolejny przystanek, Nha Trang. Miasto dosc duze, rzucone nad morze, turystyczne. Brzmi nienajlepiej i tak tez sie nastrojilam. Jednak po kilkudniowym maratonie chcialam po prostu poleniuchowac i bylo mi wszystko jedno…Tam, mile zaskoczenie. Miasto okazalo sie przystania braci back-packerskiej i moje kontakty towazyskie ulegly ozywieniu. Znow przestawilam sie z dzienno-nocnego trybu, na nocno-dzienny i bylo mi z tym nieslychanie dobrze. Co prawda w caly Wietnam milknie o 2 rano (odgorne zarzadzenie)…ale dawalismy jakos rade. Impreza przenosila sie na plaze, a muzyka dzwieczala w uszach.
I siedzimy sobie tak na mialkkim piasku o 5 rano, polprzytomni polemizujemy, probujac sklecic jakies logiczne sekwencje myslowe…slonce wschodzi…jest blogo…Az tu nagle jeden po drugim, jak grzyby po deszczu, wyskakuja tubylcy. Jak gdyby nigdy nic, o 5 rano!!! Tu ktos rozgrzewa zaspale czlonki, oddajac sie w skupieniu sztuce Tai-Chi. Tam graja w badbingtona (pojecia nie mam jak sie to pisze). Plotkuja. Chichocza. Jogguja. Patrza w morze. Rozmyslaja. Po prostu zaczynaja nowy dzien. Ale na Milosc Najwyzszego dlaczego w srodku nocy? I dlaczego w srodku naszej imprezy? Chyba zeby nas, bialasow zawstydzic…Coz za dyscyplina! Coz za harmonia z przyroda! Chyle czola. Obiecuje poprawe.

Hoi An (Wietnam)
Przystan – Hoi An. Polowa miasteczka na liscie swiatowego dziedzictwa kultury. Wspomnienie ogromnego portu handlowego, ktory juz setki lat temu laczyl polnoc z poludniem, wschod z zachodem. Byl punktem skrzyzowania kultur, zrodlem nowej mysli. Miejsce urocze, nosi slady potegi, niesie echo dawnych rozmow. Jeszcze dumne, choc juz wygasle.
Miasteczko przypomina troszke podniszczona makiete. Wszystko takie miniaturowe. Wolno stojace domki wygladaja jak chude kawalki ciasta. Gdybym postanowila polozyc sie w szerz, z cala pewnoscia, przez okno wystawalyby mi stopy…jak spod za krotkiej koldry.
I bardzo juz tu chinsko. To nie cieszy, bo to nie do konca moja estetyka. Kwieciste wachlarze. Smoki (te akurat lubie), Czern, czerwien i zloto przescigaja sie o wzgledy. Lakierowane drewno. Przesyt i niezly bajzel, choc moglam to ujac delikatniej, nazywajac eklektyzmem.

Hue (Wietnam)
Nic ciekawego. Choc swoja droga niczego ciekawego tez znalezc nie probowalam. Zrazilo mnie pierwsze wrazenie. Powialo komunizmem, szaroscia, topornoscia i betonem…a do tego na barki spadl rzar z nieba.

Wracajac do poprzedniej notki…Chyba troszke pojechalam po tubylcach. Zrobilam z nich “drobnych cwaniaczkow”, wcisnelam w szablon tabliczki mnozenia. Moze nieslusznie. Moze bylam pod wplywem chwili. A pisalam, siedzac wlasnie w Hue…Dzis znow bajecznie bo juz w Hanoi.

Oczy mi sie zamykaja. Sciskam niezwykle goraco. I dziekuje za kazdy slad waszej obecnosci w “Mojej Azji”. To bardzo mile. Ogromnie cieszy. Duzo dla mnie znaczy.

agnesz 2005-08-14 17:53:04
skomentuj (6)
DO MROWISKA


(Saigon-Wietnam)
Istne mrowisko!!! Nie ma spania, nie ma bezczynnego siedzenia. Kazdy robi cos, po cos. Najczesciej zarabiajac na tym jakis grosz. Bo usmiech lub dozgonna wdziecznosc, nie sa w tym kraju waluta. Moloch nigdy nie spi, noc na przemian z dniem zmieniaja tylko oblicza ulic. Fryzjer przeradza sie sie z sklep nocny. Biuro turystyczne w bar.

Ludzie zyja na ulicy. Nie wiem jak oni wszysscy sie mieszcza w swoich miniaturowych pokojikach. Moze spia na zmiane. Albo po prostu ukladaja sie z zgrabny stozek, z niemowlakami na czubku. Ciezko powiedziec. Jedno jest pewne, prywatnosci zero. Kazdy sie o drugiego ociera, chucha w twarz, przeswietla mysli. Fizycznie ludzie sa tak blisko siebie, a emocje gdzies daleko. Moze to jedyne wyjscie z sytuacji? Moze emocje ulecialy, a ja rozmawiam tylko z cialami? Czy to mozliwe? Nie moge za nic w swiecie zblizyc sie to tubylcow. Rozmowa jest tylko wymiana slow. Miejsce mowy pozawerbalnej zajela maska. Biala, najczesciej nieruchoma, choc czasem usmiechnieta…ale co to znaczy? Nie nadajemy na tych samych falach. Oni zamknieci, odcieci, nieobecni…Powoli sie poddaje.
Wracajac jednak to bialych masek…Tutejsze kanony piekna kobiecego sa dosc odmienne od zachodnich. Az cud, ze mlodziez nie przesiaknela jeszcze duchem MTV. Kazda szanujaca sie mloda dama jest zakwefiona. No niezupelnie tak, jak w krajach muzulmanskich, bo tu to ich wolny wybor. Ale kapelusik, “balowe” rekawiczki po pachy i maseczka chirurgiczna to podstawa w walce ze sloncem. A propos, kupilam sobie wczoraj przez przypadek wybielajacy balsam do ciala, buuu. Kult ciala jest tu wyraznie obecny. Tubylcy sa sterylnie wyszorowani. Wszyscy!!! Blyszczace wlosy, czyste stopy, wypielegnowane paznokcie. Nie widzialam jeszcze nikogo z siwizna…Odkrylam tajemnice. Jedna skoslna pani, wyrywa drugiej skoslnej pani niechciane oznaki uplywajacego czasu penseta! Niezle, co?
Tacy wszysty nieskazitelni i krusi, przebieraja malymi nozkami, raczkami, paleczkami. Wszystko jest tu miniatura naszego swiata. Malutkie krzeselka, niziutkie stoliczki, wszechotaczajacy domek dla lalek. Nigdzie sie tu nie mieszcze….to chyba dobry moment na ponowne buuu. Ciezka jest mi sobie wyobrazic bycie turysta z przerosnietego USA. Niespotkalam ich duzo, ale podobno sa niezwykle cieplo traktowani przez Wietnamczykow. Czy przeszlosc poszla w niepamiec…bo dolar tez pieniadz?
Dziwi tez brak zapachow. Myslala kiedys, ze kazdy kraj czyms pachnie…Okazuje sie, ze nie. Czy tubylcy wszystko tak skrzetnie wyszorowali, ze zabili wszelkie zapachy. Moze? Czyszczenie, wycieranie, przekladanie i skladanie to, to co narod Wietnamski lubi najbardziej. Sa mistrzami w ukladaniu rozmaitych kupek. Lamia prawa fizyki, wykorzystujac kazdy cm szescienny.

Nie ma krzykow. Nie ma awantur. Nie ma spiewow. Nie ma pijakow. Malo sie tli papierosow. Jest zycie, ale jakby go nie bylo. Takie podrecznikowe i poprawne. Takie inne. Brak mi pasji, emocji, uduchowienia. Wszystko przyziemne i PRAGMATYCZNE, nastawione na jedzenie, spanie i rozmnazanie. Dobra strona medalu sa harmonia, spokoj I pokoj. Ale majac 23 lata nie do konca sie docenia te wartosci…Probuje byc neutralna, chce zrozumiec,ale nie jestem w stanie pozbyc sie “naszosci”. Czy to w ogole mozliwe?

agnesz 2005-08-13 10:46:39
skomentuj (5)
W MROWISKU


Wietnam…witamy w cywilizowanym swiecie!!! Azja zdominuje swiat, to jest pewne!!! Pracowitosc, sumiennosc i zapal tubylcow sa wrecz nieslychane. We wszystko co robia wkladaja calych siebie i jeszcze wiecej. Sa niezwykle skupieni, a kazde zadanie to sprawa zycia i smierci. Szczerze mowiac nie chcialabym byc na miejscu Amerykanskich zolnierzy…Zreszta na miejscu zadnego zolnierza nie chcialabym byc…Witnamczycy, to tacy azjatyccy Niemcy. Super punktualni. Super rzetelni. Super wyprasowani. Zawsze wyprostowani. Zawsze 100 procentowi.(Po palcach przeleciala mi wlasnie przezroczysta jaszczurka!!! W ramach asymilacji, sprobuje przyjac toistyczne podejscie do sprawy i zjednoczyc sie z cala natura...)Ci ludzie maja wrodzona smykalke do interesow, wszystko przeliczaja, ciagle kalkuluja i niezle zyja. Sytuacja jest dosc niespotykana, kraj komunistyczny...zaciecie mocno kapitalistyczne.
Oczywiscie w pedzie ku perfekcji kazdy przykladny obywatel uczy sie angileskiego.Z lepszym lub gorszym skutkiem...Czasami jest super smiesznie!Klasyka, oczywiscie, jest odpowiadanie na kazde pytanie “Yes”.Wiec dla wlasnego komfortu czasem przechodze na polski, nie robi im to wiekszej roznicy. Ale do moich ulubionych nalezy sekwencja pt. “Negujace potwierdzenie pytania”. Np. Pytam, czy jest kawa. W odpowiedzi slysze “No”. Nie ufajac kwalifikacjom jezykowym swojego rozmowcy, chce sie upewnic i pytam, czy na pewno nie ma kawy. W odpowiedzi slysze “Yes”. Niby wszystko jak trzeba, a jednak wprowadza w blad i sekwencja pytan i odpowiedzi powtarza sie z reguly jeszcze kilku krotnie.(Ale to nawet juz nie tyle problemy jezykowe, co roznice psycholingwistyczno-kulturowe). Albo jak wytlumaczyc kelnerce w restauracji, ze chcesz maslo? Nie do przejscia. Tym bardziej, ze tubylcy wcale nie konsumuja ani mleka, ani mlecznych produktow. Po prostu nie przyswajaja laktozy. Uwarunkowane jest to daleka przeszloscia i brakiem kultury pasterskiej. Smiadanie? Tylko zupka, z duza iloscia makaronu i zieleniny roznego rodzaju i ksztaltu.


Saigon (Wietnam)


Saigon, inaczej Ho Chi Minh City. Ho Chi Min to prawdziwy bohater narodowy. Jego oblicze figuruje na banknocie kazdego nominalu, portret wisi w kazym domu, restauracji i salonie fryzjerskim. Jest patronem kazdej szkoly i obiektem milosci mas. To tak jakby Lodz nazwac Lech Walesa City...niezle, co? Jak Attaturk dla Turkow, Boliwar dla polowy Ameryki Poludniowej itd. Sam Pan Bog! Wyzwoliciel=Zbawiciel. Precz z Francuzami! Narodzie wietnamski polacz sie. Nacjonalista i komunista. Badz, co badz swego dopial. Francuzi juz glownie turystycznie. Osobiscie nie potrafie sie do owej postaci z nalezytym szacunkiem odniesc.A to wszystko dlatego bo…Sprawa wyglada tak, ze co drugie dziecko i co drugi inwalida w Wietnamie handluje pocztowkami. Zanim nauczylam sie kategorycznie odmawiac, uzbieralam tony pocztowek. Cale serie, a to “Zycie codzienne Wietnamczykow”, a to “Wietnamskie krajobrazy”, tu znow “Wies Wietnamska”, dla odmiany “Wietnamskie dzieci”. Jak juz wykupilam wszystkie mozliwe, powtarzajace sie serie, okazalo sie nagle, ze tej z Ho Chi Minhem jeszcze nie mam. I tak oto stalam sie szczesliwa posiadaczka narodowego bohatera na kucyku (doslownie!!!).Ho Chi Minha kapiacego sie w rzece, dla bezpieczenstwa w dmuchanym kole ratunkowym, (rowniez doslownie!!!). I jeszcze w kilku rownie zabawnych “okolicznosciach przyrody”. Na moje oka, 160cm, 50kg, do tego strasznie poczciwa, wychudzona buzia troskliwego dziadka. Jest generalnie mocno do przytulania.I jak widze go na billbordach w towazystwie Marksa i Lenina, to nie moge sie oprzec…bo przed oczami ten pony i dmuchane kolo.

Znow troche zboczylam z tematu…mialo byc o Sajgonie. Wiec pierwsze wrazenie jest nieslychane. W uszach brzeczalo mi tylko: “No, niezly tu Sajgon!”.Cale pole percepcyjne zalewaja skutery. Morze skuterow, prawdziwa powodz! Ruch, co prawda bo Bozemu, to znaczy prawostronny. Jaka ja etnocentryczna! Ale przebic sie z jednej strony ulicy na druga to prawdziwa sztuka survivalu. Ale po kilku dniach opanowalam ja do perfekcji. W skrocie, chodzi o to, zeby absolutnie nie patrzec, ani w lewo, ani w prawo tylko po prostu isc do przodu. Przed siebie, powoli, krok po kroczku. Najlepiej pomyslec sobie o czyms przyjemnym, pomaga, hihihi. A kierowcy albo z lewej, albo z prawej zawsze cie wymina. Przynajmniej nalezy w to wierzyc…

Strasznie mi sie chce spac. Wroce jutro. Caluje goraco.

agnesz 2005-08-12 18:30:34
skomentuj (4)
"WELLCOME TO CAMBODIA"


Siem Reap, Angkor Wat (Kambodza)
Oj, wszystko juz to odlegle sie wydaje...Przy takim przebodzcowaniu kazdy powrot do przeszlosci jest wyprawa. Nawet juz nie wiem, gdzie sie moja historia urwala...O.K. mam, Siem Reap i mityczny Angkor Wat.Coz, VII-XIw.kompleks swiatyn. Potega, ogrom, sila i dzungla.Czlowiek, taki przy tym marny... Nie bede sie porywac na opis tego zjawiska. To jest troche jak z wierszem, kazdy przezywa po swojemu. Choc musze przyznac, ze uaktywnily sie moje ukryte poklady przekory i wrodzona niechec do best-sellerow. Wrzucilam Angkor Wat do jednego wora z Machu Picchu i Jukatanem. Kolejny zabytek do odchaczenia. Pierwsza dziesiatka w plebiscycie "miejsc, w ktorych sie bywa" bedac emerytowanym, bogatym czlowiekiem zachodu. Bez zadnego problemu mozna doleciec samolotem prawie pod kasy biletowe, przespac sie w pieciu gwiazdkach i zezrec hambuksa.
Ale musze przyznac, ze Angkor Wat to jedno z bardziej romantycznych miejsc na ziemi. Miesiac miodowy? Prosze bardzo.
Wiec swiatynie rozwniez odchaczylam, chociaz nie jestem ani emerytowana, ani bogata, ani tak znow z zachodu. A teraz czas zapuscic sie w miasteczko, powloczyc sie, dotknac ludzi, porozmawiac. Moja uwage przykula grupa mlodych mnichow buddyjskich. Ich pomaranczowe szaty kontrastowaly z otaczajaca nedza. Stalam tak gapiac sie z otwarta buzia i probowalam nakrecic jakis material. Dla niewtajemniczonych, stawiam pierwsze kroki za kamera video. Moja wiedza ogranicza sie do "on", "off" i wymiany kasety, ale jestem dobrej mysli. Podgladalam tak, zastanawiajac sie, czy to nie troche jak w Zoo, Big Brotherze i jakim prawem? Nagle moje rozmyslania przerwal szeroki usmiech owiniety w pomaranczowy material, tuz przed obiektywem mojej kamery.
Imie: Yo
Nazwisko: Nie pytalam, bo po co
Wiek: 18 lat
Narodowosc: Kambodzanska (?)
Wpadlismy w wir pytan i odpowiedzi odplywajac na 5h. Chlopak swietnie mowil po angielsku i z radoscia oprowadzil mnie po swoim krolestwie - pagodzie. Do tej pory myslalam, ze termin ten odnosi sie do typu budowli, sklonowane daszki, Chiny, moze smoki. Nie w Kamodzy. Tutaj na pagode sklada sie buddyjska swiatynia, klasztor, szkola, stolowka, chatki mnisie i stupy (cos w rodzaju nagrobkow). Chyba zaczynam troche nudzic... Bycie mnichem nie ma duzo wspolnego z zarliwa religijnoscia, czy powolaniem. Chlopcy jedza mieso, pala pety, niektorzy sa wydziarani. Ale od wszystkich bije niesamowity spokuj i pozytywna energia. W Kambodzy to sposob na zycie, droga do lepszego jutra, pewien etap w zyciu i co najwazniejsze darmowa edukacja. Zbiorowym marzeniem moich rozmowcow (mnichow i tut-tukowcow) jest zostac przewodnikiem. Do tego potrzebna jest znajomosc angielskiego i uniwersytet. Pierwsza sprawe mozna zalatwic w zakonie, z druga jest gorzej. Uniwersytet kosztuje, a kogo na to stac? Kazdy z tych chlopcow ma rodzine na wszi, gromade rodzenstwa i starszych juz najczesciej rodzicow (opieka socjalna w Kambodzy nie istnieje!!!). Tak wiec odchodzac z pagody laduja najczesciej w jakiejs fabryce lub na polu ryzowym, a dalsza edukacja zostaje w sferze marzen. Ale ja wierze, ze Yo sie uda i juz!!!

Pnom Pehn (Kambodza)

Z Siem Reap do Pnom Penh przebilam sie lodzia po uroczym jeziorze, ktorego nazwy nie jestem w stanie nawet wymowic. 8h-slonce, ulewa, slonce, ulewa, slonce...Gdzies przeczytalam, ze na tych terenach deszcz pada z dolu i cos w tym jest, bo to co przezylam nie ma nic wspolnego ze znana mi do tej pory definicja deszczu. To jest po prostu kurtyna wody, ktora wpada za kolnierz, zalewa oczy i rozmywa mysli. Na horyzoncie woda, gdzie niegdzie drewniane chatki na palach. Jakas kobieta czysci rybe, inna usypia dziecko. Mezczyzna chrapie w hamaku. Pies szczeka, uwiazany na krotkim lancuchu.
Doplynelismy, stolica zdobyta! W Pnom Pehn nie zostalo duzo do ogladania. Pol Pot w swoim histerycznym widzeniu wyburzyl 60 % zabytkaow. Smutno tu troche, bloto, ruch i marne pozostalosci po Francuzach.
"Pola smierci" i "S21" to zbiorowe mogily i liceum przerobione na wiezienie. Taki nasz Oswiecim, nad ktorym unosi sie milion ludzkich dusz. Wszystkie z przerazeniem i bolem zastyglym na twarzy, okrutnie torturowane i katowane. Po jednej stronie-Pol Pot i jego chlopcy (Czerwoni Kmerzy), po drugiej - cala reszta narodu. Motyw? Ciezko wyczuc, przekracza bowiem mozliwosci logicznego myslenia zdrowego czlowieka.
Chcialam tam pojsc. Dlaczego? Nie wiem...Czy takie miejsca powinny w ogole figurowac na liscie "atrakcji" turystycznych? Czy nie jest to tylko kolajna odmiana emocjonalnego roller-costera, taki tani dostarczyciel wrazen? Znalazlam jednak wiezej "za" niz "przeciw". Nie musze sobie w koncu kupowac koszulki z trupia czacha, czy ostrzezeniem przeciwminowym zwienczonych napisem "Wellcome to Cambodia". A moze takie miejsca sprawia, ze ludzie szerzej otworza oczy. Moze spadnie poziom ogolnej znieczulicy. Poszlam, zobaczylam...przezylam.
Gleboko odetchnelam i opuscilam Kambodze. Kierunek cywilizacja - Wietnam.

Wskazowki na Kambodze:
-Nigdy nie wynajmuj pokoju na parterze, inaczej "zywcem wezma" cie mrowki.
-Nos przy sobie dolce, bo Riela praktycznie sie nie uzywa. A jak juz, to kazdy przelicza jak mu sie zywnie podoba i na pewno nie wyjdziesz na swoje.
-Nos przy sobie cukierki i drobne nominaly Riela, bo inaczej nie ruszysz z miejsca. Nie przedrzesz sie przez gaszcz wyciagnietych dloni i proszacych oczu.
-Nie trac cierpliwosci, gdy tubylcy beda cos robic w sposob pozbawiony zupelnie logiki. Nie wynika to ze zlej woli, a z braku edukacji i obycia.
-Nigdy nie podnos glosu i nie trac rownowagi. Grozi to pozbawieniem twojego rozmowcy "twarzy" (w tej kulturze wiaze sie z szacunkiem) i jest prawdziwa tragedia zyciowa.
Jakies dwa dni temu posrawilam w tym miejscu kripke, gdy do kafejki internetowej wszedl suchy, zolty staruszek. Chcial zgasic czesc swiatel, ale przycisnal zly guzik i wyskoczyly korki. Ujrzalam ciemnosc i wspomnienie mojej ostatniej notki (ktorego falsyfikkatem jest ten zapisek). Ci, ktorzy mnie znaja moga sobie wyobrazic moj stan ducha, hihihi...wkoncu jestem cholerykiem. Ale zacisnelam zeby i grzecznie poinformowalam pana, ze nie zaplace za ostatnie 2h godziny korzystania z Internetu.

agnesz 2005-08-09 18:17:54
skomentuj (4)
KAMBODZA, BOLIWIA AZJI


Drugie podejscie...
Kambodza-szkola podstawowa 3 lata, liceum 2, odsetek analfabetyzmu zastraszajaco wysoki, kraj targany zaborami, rozbiorami, wojnami,idiotami. Drog brak, wody biezacej czesto takze, opieka spoleczna to czysta abstrakcja, bankomaty jeszcze nie dotarly. Nie dalej jak cwierc wieku temu Pol Pot, w imie komunizmu, rewolucji i swoich chorych, ksenofobicznych teorii okrutnie torturowal i wymordowal ok mln swojego ludu. Czerwoni Kmerzy polowali na oczach calego swiata, ale po co to roztrzasac...w koncu to ich sprawa, a ropy w Indochinach nie ma!!! Obok kobiet, dzieci, robotnikow i wiesniakow usunali wszystkich intelektualstow!!!Nikt nie znal dnia, ani godziny, nikt nie wiedzial czemu... Dzis, narod umeczony, prawie juz ukrzyzowany...powoli lize rany i walczy o jutro. Bol istnienia i niepokoj widac w oczach. Kambodza byla pierwszym z odwiedzonych przeze mnie krajow, gdzie nie mialam sumienia sie o nic targowac. Tylko rozciagajace sie po horyzont ZIELONE pola ryzowe przypominaja, ze nadzieja istnieje,ze trzba wierzyc...
Chwilami czulam sie jak biala Pani...tubylcy spuszczali wzrok mowiac do mnie, po kazdym slowie klanili sie w pas. Nic przyjemnego. Ludzie uroczy!!! Tacy grzeczni, mili, ulozeni...z niesmialym usmiechem na twarzach.
A twarze...rysy kmersko wyostrzone, wzrok przeszywajacy, troche grozny.Na glowach kraciaste, kolorowe, kmerskie chusty. Ale ladni bardzo, szczegolnie dzieci urocze.
Juz na granicy Tajlandia-Kambodza zorientowalam sie, ze dobrze nie jest...
Tajlandzki kierowca nam podziekowal, granice przeszlismy pieszo.
Dzieci z potarganymi czuprynami wieszaja sie na moich rekawach i nogawkach...Nie mozna pomoc kazdemu...Bloto po kostki, pada deszcz. Ludzie wychudzeni, krowy kosciste. Az ciezko uwierzyc, ze o 4 godziny jazdy stad zycie toczy sie po naszemu. Podstawili kolejny bus, troche ciasny i rozklekotany, ale jezdzi. Asfalt sie skonczyl, teraz tylko dziury i kaluze. Do Siem Reap 150km, kierowca mowi, ze jakies 5h i jestesmy. W busie wesolo, za oknem soczyste pola ryzowe i chatki na palach. Sciemnia sie, a my ciagle w drodze. Nie mam zegarka, wiec nie wiem ile jeszcze. Przed nami korek...Co sie dzieje? Koniec wycieczki, utknelismy. Kilkanascie metrow przed nami zarwal sie most pod ciezarowka i amen. Co teraz? Nikt nie wie. Kierowca najpierw mowi, ze idzie do domu, potem postanawia przespac sie w samochodzie. A my jak te sardynki...Na zewnatrz tylko bloto, komary i ciemnosc. Godzina, dwie, trzy, czte...Ok. Po drugiej stronie mostu podtawia pick-upa. Cala wycieczka plecaki na plecy i gesiego po tym co zostalo z mostu. Obiecany samochod stoi,wiec nie jest zle. Jeszcze zrzytka po 2 dolki i jedziemy. 18 osob, 18 duzych plecakow, 18 malych i tylko 1 stary pick-up. Jakos sie pomiescilismy. Teraz tylko 2h w totalnym bezruchu,za to przy wtorze zabiego kumkania i pod niebem, ktore dostalo gwiezdnej wysypki. Nikt nie odezwal sie ani slowem. Dotarlismy w koncu do Siem Reap...Jutro skoro swit ruszamy podziwiac pozostalosci kmerskiej potegi - mityczny Ankor Watt.

agnesz 2005-08-05 20:21:01
skomentuj (4)
W ODCIENIACH ZOLCI


Strasznie ciezko mi powrocic do wirtualnej rzeczywistoosci. Po rocznej przerwie znow czuje sie jakbym robila stripis intelektualny.Po malu...jestem w koncu z tych 'wolno rozgrzewajacych sie'.

Udalo mi sie opuscic Stary Kontynent, kierunek Azja!
Tydzien temu wyladowalam w Bangkoku (Tajlandia) i nic...Bylo dziwnie.Czulam sie jakbym byla zamknieta w Boshowskiej bance. Docieraly do mnie obrazy, dzwieki, ale nie moglam tego zlozyc w jakas sensowna calosc. Wszysko po mnie splywalo. Bo zeby odebrac inna kulture albo choc sprobowac ja zrozumiec trzeba otworzyc serce i uaktywnic emocje. A u mnie to wszystko skrzetnie zsuplane i pzyszyte do Ameryki Lacinskiej. Szukalam emocji, dotyku dloni, zdradzonych barw i zapachow, mojej drogiej muzyki, meskich spojrzen.I nic.
Ale moje 'na nie' nie trwalo dlugo. Po kilku dniach poczulam przeszywajacy spokuj...ktory paradoksalnie mnie pobudzil do myslenia. Ta ulica? Juz kiedys chyba nia szlam... Ten tuk-tukowiec? Skads go znam... Ten owoc? Juz go chyba smakowalam... Jestem u siebie!!! Nie wiem skad sie ten komfort psychiczny wzial...Mysle, ze to zasluga buddyzmu, ktory niewatpliwie kroluje na tutejszych terenach. W tej religii szanuje sie drugiego czlowieka, jego prywatnosc (np.tutejsza przestrzn prywatna bije na glowe nawet ta uesowska), wole, konwenans, schemat. Najwazniejsza jest harmonia i porozumienie. Nawet nie mozna tu mowic o religii, a filozofii zyciowej, sposobie myslenia, recepcie na codziennosc. Moze naiwnie przeceniam tutejsza moralnosc? Ale to spostrzezenia na dzis-po tej czesci swiata podrozuje sie latwo i przyjemnie, choc na cale szczescie nie bez przygod (ale o tym w nastepnym odcinku). Zobaczymy co przyniesie jutro...
Dzisiejsza notke traktuje tylko jako rozgrzewke, budzik dla moich zastalych, szarych komorek.

Jest wieczor. Wilgotnos wysoka, goracy wiatr ozywia zaspana dzielnice kambodzanskiej stolicy. Juz wiem co Marquez mial na mysli piszac o karaibskich przeciagach...obszar geograficzny inny, ale strefa klimatyczna ta sama. Absolutne optimum dla stworzenia ludzkiego, sielsko i anielsko. Siedze przy bambusowym stoliku. Nogi mam bose, a japonki grzecznie dolaczyly do rownego szeregu przed wejsciem do kafejki internetowej. Spodnie a'la wiesniaczka, sciagnieta wlasnie z pola ryzowego. Odwracam glowe w prawo. Wszedzie rozplywa sie czerwone, gliniaste bloto po kostki. Stoi 'tuk-tuk' (wspolczesne wydanie rikszy, z przodu jedno kolo, z tylu dwa, motor i daszek). Na tylnym siedzeniu spi mlody mezczyzna. Niech odpoczywa, ci chlopcy nie maja lekkiego zycia. Wiem, bo przegadalam z jednym z nich pol wczorajszej nocy. Zreszta w tym opuszczonym przez Boga kraju nikt latwego zycia nie ma...Od czasu do czasu przemyka skuter. Jakis starzec wiezie pokazny stos trawy cytrynowej i pedow bambusa. A tu cala rodzina, mama, tata i troja malcow + niebieska jednorazowa peleryna, bo pada. W koncu pore deszczowa tu mamy. Stezenie azjatyckosci zanieczyszcza tylko muzyka, jak na moj laicki gust jakis mocno czarny hip-hop rodem z West Side. Coz zrobic, swiat ogarnia globalizacja. Kochani na dzis to tyle. Dosc to drewniane i sztywne, ale mam nadzieje, ze jutro pojdzie lepiej. Zaczne od malej retrospekcji, cobyscie byli na bierzaco. Niech bedzie tytul...np. "Kambodza, Boliwia Azji". Jest niezly 'hard core' i w dodatku dosc smutne to wszystko. Pol Pot i najswiezsza historia tego biednego kraju...po prostu przeraza. Nie znajduje nawet cienia logiki, sensu...Dobra juz sie nie nakrecam. Do jutra.

agnesz 2005-08-04 17:44:21
skomentuj (2)
KOCHANI!!!


Przepraszam za to milczenie, ale ostatnio jakos mnie wena opuscila...i strasznie zajeta bylam. Jestem jeszcze w Limie...ostatnie godziny...w dosc interesujacej dzielnicy.
Obiecuje, ze wszystko opisze ze szczegolami...i boliwijskie kopalnie...i Inka Trail...i moze jeszcze cos...Wiec zajrzyjcie za kilka dni.
Polska ziemie ucaluje juz w poniedzialek. Ale w sobote lece do Madrytu i wracam dopiero na Boze Narodzenie. Sprobuje sie ze wszystkimi skontaktowac w ciagu tych kilku dni, ale jakby mi nie wyszlo, a chcielibyscie sie spotkac albo pogadac przez telefon to zapraszam. Zapisy od poniedzialku do piatku od 9 do 18 ( z przerwa na 3 papierosy, herbate i obiad). Czyste zarty sobie dziewczynka stroi!!! Prosze dajcie znak zycia, bo strasznie sie za Wami wszystkimi juz steskniklam!!! Tak wiec, do zobaczenia, do uslyszenia, do wysciskania i wycalowania.

agnesz 2004-09-19 01:43:26
skomentuj (8)
JAK W DOMU


Tylko kilka slow...
Kochani,jest strasznie pozno wiec nie bede sie rozpisywac. Dobilam w koncu do mojego ukochanego Cuzco i odetchnelam z ulga. To taki moj 'poldom',jak 'polsrodek'. Czuje, ze jestem coraz blizej prawdziwego domu i ludzi, za ktorymi bardzo tesknie. Mam duzo opowiesci, ale musze isc zaraz spac bo jutro zaczynam Inka Trail. Nie wiem jak sobie fizycznie poradze, ale jestem dobrej mysli. Choc na domiar zlego trase, ktora normalnie pokonuje sie w 4 dni moja grupa musi zrobic w 3. Bardziej skomplikowana sprawa. Pani w agencji turystycznej wlozyla duzo serca zeby mi wytlumaczyc dlaczego, ale ja i tak do konca nie pojelam (espanol). Potakiwalam jednak, bo mila byla. Tak wiec musze zbierac sily, albo chociaz sie spakowac, bo gleboka noc a ja nigdzie, jak zawsze zreszta wszystko na ostatnia chwile.
Wiec, wszystko u mnie ok. A w nastepnym blogu cos o koce, Tio, boliwijskich podziemiach.
Dzis Cuzco szaleje. Miejscowa druzyna futbolowa Acicieno skopala tylek Boce Juniors (Buenos Aires, podworko Maradony). To dwa najlepsze zespoly Ameryki Poludniowej. Wiec nie moglam tego przegapic i poszlam do knajpy trzymac kciuki z miejscowymi. Co tam sie dzialo!!! Kobiety plakaly, dzieciaki piszczaly, mezczyzni lapali sie nerwowo za glowy. A wszyscy...jakby od tego meczu zalezalo ich zycie. No i wygralismy...a bylo goraco!!! Ale teraz cale Cuzco tanczy, spiewa, gratuluje.

agnesz 2004-09-08 05:49:37
skomentuj (12)
DZIECI Z DWORCA ZOO...DIV>

Moze tytul brzmi troszke zbyt dramatycznie...Nie, Mamusiu od narkotykow trzymam sie z daleka. Tyle tylko, ze od kilku dni 'mieszkam' na dworcach autobusowych. Moze nie tyle mieszkam, ale spedzam na nich zdecydowanie za duzo czasu, kapie sie tam i zywie. A to dlatego, ze od jakiegos czasu jestem w ciaglej podrozy, zmienia mi sie tylko krajobraz za oknem, numer siedzenia i standard autobusu. Goni mnie czas, bo wypadly mi dwie nieplanowane doby w Brazylii, po prostu ugrzezlam w jakis dziurach i nie bylo rady. A 8 wrzesnia musze byc w Cuzco(Peru), bo mam zarezerwowany Inka Trail. To jest czterodniowy treking, ktory konczy sie wschodem slonca na Machu Picchu. Taka mala szkola surwiwalu, troche nadmuchana i przereklamowana, hit turystyczny. Ale co, trzeba przetestowac na wlasnej skorze, zeby miec swoje zdanie.
Aktualnie jestem znow w Boliwii i dzis spie w hostalu!!! Hurra!!! Miejsce dla, ktorego nadrobilam setki kilometrow nosi wdzieczna nazwe Potosi i jest niewiarygodne. Male miasteczko gornicze, jak na Boliwijskie warunki to calkiem niezle prosperujace. Ma za soba lata swietnosci i slawy, XVIw bylo najbogatszym i najbardziej luksusowym miastem w Ameryce Poludniowej!!! A to dzieki zlozom srebra. Jesli jestem juz przy moich ulubionych, jakze typowych dla gatunku ludzkiego 'naj', to Potosi jest takze najwyzszym miastem swiata (4070m). Ten fakt akurat daje sie we znaki, ale o objawach choroby wysokosciowej pisalam juz nie raz. Wrocmy do Brazylii...


Na polow teczy...-Iguazu do Foz(Brazylia)

'Chcez zlowic tecze, jedz do Iguazu.' Moj slogan reklamowy brzmi chyba lepiej niz oryginalny: 'Iguazu, tam sa najdluzsze tecze swiata.'(a to wszystko przez 'naj' znowu). Tak, czy inaczej nie klamia. Wielka woda toczy boj ze sloncem, a korzysta z tego tecza, ktora moze sie narodzic, choc na chwile, na czas boju.
Bedac w Argentynie nie moglam sie oprzec pokusie obejrzenia wodospadow Iguazu z brazylijskiej strony. Ruszylam do Brazylii bedac przekonana, ze nic mnie juz nie zaskoczy. A zaskoczylo...Ta woda jest niesamowita, przebila nawet Niagare. I co wazne, w przeciwienstwie to rywalki z USA nie byla podswietlona tysiacami kolorowych swiatel. W Stanach brakowalo tylko pokazu swiatlo-dzwiek. Wielka woda, i Argentyka i Brazylijka, sa bardzo naturalne, jak je Pan Bog stworzyl.
Po Brazylijskiej stronie, na horyzoncie widac las tropikalny i nagle...dziura. Wielka, a z jej wysokich scian spadaja ogromne ilosci wody. Kazda z kropli chce byc pierwsza. A las przyglada sie spokojnie. Mysle, ze wlasnie tak, pierwsi zeglarze wyobrazali sobie skraj swiata. Ja tak sobie wyobrazalam... Oszalamiajaca przyroda i sporo zwierzt. W moim rankingu prowadzenie objal tukan. Az ciezko uwierzyc, ze ptak moze wygladac tak idealnie i tak do przytulania. Przyjrzalam mu sie z bliska i ma...pluszowy dziob, jak Boga kocham. Pumy ani zadnego wielkiego i krwiozernego kota nie spotkalam, ale przy wejsciu do parku narodowego dostalam ulotke. Strasznie mnie rozbawila. Wiec, jak spotkasz duzego kota, to:
-zachowaj spokoj, absolutnie nie uciekaj
-wycofuj sie powoli
-kontakt wzrokowy jest niezbedny
Gdy kotek wykaze agresje:
-sprobuj wydac sie wiekszym niz jestes (to jest moj ulubiony punkt)
-absolutnie, nie udawaj martwego (ten tez calkiem lubie)
-wymachuj rekami
-wejdz na pien lub kamien, nidgy na drzewo
-jak cie zaatakuje, odepchnij go silnie (tez calkiem niezle)
Iguazu dziela miedzy soba 3 panstwa. Trzecim szczesciarzem jest Paragwaj, ale spotkalam kilku backpackerow, ktorzy radzili:'Wszystko tylko nie Paragwaj!!!' No wiec nie pojechalam.

Wracajac do Barazylii...Spedzilam tam wiecej czasu niz planowalam, ale nie zaluje. Pierwszego dnia bylo troche ciezko, bo przed oczami mialm ciagle 'Miasto Boga'. Na widok dziewieciolatka przechodzilam na druga strone ulicy. Portugalski, ktory rozni sie jednak znacznie od hiszpanskiego, tez odbieral mi troche poczucie bezpieczenstwa. Swoja droga, to piekny jezyk...i zaczne sie go uczyc zaraz po hebrajskim, hihihi. Niezwykle dzwieczny, doskonaly material na sztuke wszelkiego rodzaju, przyjmujaca postac slowna. Do tego wszystkiego doszedl jeszcze lejacy sie z nieba zar. Temperatura, ktora topi czlowieka nie pytajac go wcale o zdanie.
Kultura, zdecydowanie dotykowa!!! Rozmawisz sobie z kims i prosze bardzo...a to cie poklepie po plecach, a to po ramieniu, chwyci za dlon, podladzi po brodzie lub poliku. Mnie zdarzylo sie to tylko z facetami, ale jestem pewna, ze z kobietami jest podobnie. Brazylijczycy potrzebuja dotyku i koniec, tak samo jak potrzebuja slonca i samby. Pary osciskuja sie wszedzie i bez przerwy. Rozmawialm na ten temat z pewnym Brazylijczykiem. Powiedzialam mu, ze ja bym umarla gdyby mnie ktos tak caly czas tarmosil. On mi na to, ze pewnie, bo w Europie pary to chodza obok siebie, a nie ze soba. A gdy pan idzie obok swojej pani, to ona rozglada sie za innymi panami, a to jest w Brazylii nie do przyjecia. Wiec to wieczne obsciskiwanie to rodzaj prewencji, chyba...
Ludzie piekni, do zjedzenia!!! I potwornie wrecz uczynni. Nie spotkalam sie z taka dawka sympatii i dobrej woli w zadnym kraju. Nie tylko podchodza do zagubionego turysty, ale nie odstapia go na krok dopoki wspolnymi silami nie rozwiaza problemu.
Ostatnia brazylijska noc spedzilam w Corumba, przy samej granicy z Boliwia. Mialam sie szybciutko przesiasc z autobusu do boliwijskiego pociagu, ale...mowa tu o Boliwii, wiec nici z tego.
Ja Wsciekla: 'Przepraszam pana bardzo, to kiedy ten pociag odjedzie?'
Pan Boliwijczyk: 'Moze jutro, moze w srode, moze w przyszla srode, moze nie odjedzie wcale.'
Az sama sie dziwie, ze takie rzeczy wyprowadzaja mnie jeszcze z rownowagi. To przeciez Boliwia, a Boliwia to synonim przygody. W tym kraju wszystko jest przygoda, przejazd autobusem, wizyta w toalecie, w restauracji. Nie da sie tego opisac, to trzeba przezyc...bo nie sa to takie przygody na cale zycie, ktore sie opowiada na starosc wnukom.
Wiec postanowilam przedluzyc sobie 'wakacje' o jeden dzien i nocowac w Brazylii. Weszlam do pierwszego hoteliku, zaraz obok stacji i...to byl blad. W takich straszliwych warunkach jeszcze nie spalam, ale tanio bylo i co wazne mam juz to za soba. Na domiar zlego, wracajac wieczorem z kolacji zobaczylismy na chodniku tarantule. No wiec wszyscy na trzy cztery za aparaty i zdjeie tarantulce, a co. Strzelalismy fotki na slepo nie widzac potwora, bo ciemno bylo. Tarantula sie wsciekla, chyba od fleszy, nie wiem, nie znam sie na pajakach, ale zaczela galopowac w naszym kierunku. To bylo traumatyczne przezycie, bo szybka jest skubana. A nie byla to jedyna tarantula widziana tego dnia, wiec noc z glowy. Tarantule widziaam juz wszedzie. Zasnelam dopiero, gdy zaczelo sie rozjasniac i kiedy mialam na oku rewir wokol swojego lozka. Ale ostatnio i tak nie moge spac, bo ksiezyc w pelni. A ja juz tak mam, albo ksiezyc albo sen i nic sie z tym zrobic nie da.


Tybet Ameryk-Boliwia=przygoda.

Przezylam i niewyspana ruszylam nastepnego dnia do Boliwii. Granice przekroczylam w taksie, a potem do autobusu, boliwijskiego (Corumba-Santa Cruz,18h). I wtedy wlasnie umarlam. W tym miejscu posluze sie moim ukochanym cytatem. Wiec, w XIXw bylo sobie dwoch bandziorow ze Stanow, Kassidy Kid i (nie pamietam imienia)Sundancer. Panowie zajmowali sie na co dzien rabowaniem bankow i poczt i ucieczka oczywiscie. Ukrywali sie na terenie Ameryki Poludniowej i nie zostali nigdy zlapani... Wiec pewnego dnia Sundancer mowi do Kida, rzecz sie dziej w Boliwii, podpowiem : 'Hej Kid, jak ci mowie, ze powinnismy sie ukryc w miejscu jak Boliwia, to mam na mysli miejsce jak Boliwia, a nie Boliwie!!!' Wiec juz chyba wtedy ten uroczy kraj dawal niezle popalic.
Trzeba bylo widziec nasz autokar. Tu juz nie bylo 'wino, czy wiski', tu bylo 'byc albo nie byc'. Dwadziescia godzin w zaladowanym po brzegi starym gracie, z kurami, placzacymi dziecmi, kurzem, popsutymi siedzeniami i nieotwierajacymi sie oknami. I boliwijski zapach, ktory zaczal unosic sie w powietrzu jak tylko przekroczylam granice. Slodki...indianski pot, tluszcz, w ktorym smazy sie wieprzowine i nie wiem co jeszcze. Ale nie jest dokuczliwy, dziwny po prostu. Nie musze chyba dodawac, ze skonczyl sie i asfalt i papier toaletowy. Przejazdy autokarowe w Boliwii maja to do siebie, ze trwaja wiekami, niezaleznie od dystansu do przebycia. Wszystko przez postoje. Tak naprawde to glownie sie stoi, a jedzie tylko pomiedzy postojmi. Co chwila ktos, nie wiadomo skad dopakowuje cos do luku bagazowego. Co chwila na poklad wsiadaja kobiety, ktore sprzedaja napoje, enpanady, orzeszki...przekzykuja sie i przepychaja miedzy soba. Wysiadaja na nastepnym przystanku. O, kierowca zobaczyl przy drodze kumpla. Zatrzymal sie. Posmial. Pozartowal. I dalej w droge. O, kino. Skad nie mam pojecia. Wszedzie las, ani zywej duszy. A tu nagle przy drodze kino. I siedzi z dwiescie indianskich rozdziawionych buz, dzis amerykanski film akcji. My siedzimy tam z tylu jak te szprotki. Upal doskwiera, ze oddychanie meczy, wszyscy szarzy od kurzu. A tu co...postoj!!! Zatrzymujemy sie na kolacje. Ciemno jak w...Afryce. Pytam grzecznie kierowcy ile mamy czasu. Odpowiada, ze az wszyscy zjedza. I taka wlasnie jest Boliwia i to sa te boliwijskie przygody. A pomimo wszystko uwielbiam ten kraj!!!
No i tak z jednego autobusu do nastepnego. Szybki prysznic na stacji. I wielkie Indianki, ktore ida pod prysznic tak jak stoja i wychodza tak samo, tyle tylko, ze moke jeszcze. A w toaletach czesza sie godzinami i zaplataja swoje kilometrowe, krucze warkocze.
Jesli chodzi o ostatni przejazd (Santa Cruz-Potosi, 18h,przesiadka w Sucre), to bylo zdecydowanie lepiej. Tyle tylko, ze zaczely sie gory. Tyle tylko, ze stracilismy lusterko, bo szanowny pan kierowca zle wyliczyl odleglosc dzielaca nas od ciezarowki jadacej z przeciwka. I tyle tylko, ze rano obudzili nas panowie przyodziani w moro z duzymi karabinami maszynowymi i wszyscy pasazerowie autobusu przeszli przez rutynowa kontrole, paszporty, torby itd. No, ale jestem juz W Potosi, a wszystko to bo uparlam sie, ze chce zejc do tutejszych kopalni. Daczego? Napisze Wam jutro, a moze w srode, a moze w przyszla srode, a moze nigdy...To bylo po boliwijsku. Napisze wkrotce...Jutro od razu po kopalniach w autobus i kierunek Peru. Caluje i strasznie jestem ta kopalnia przejeta!!! Mam wrazenie, ze strasznie chaotyczny ten blog i, ze sie powtarzam. Ale jetem wykonczona i pijana tymi czterema tysiacami metrow n.p.m.

agnesz 2004-09-03 02:43:23
skomentuj (9)
PUERTO DE IQUAZU (ARGENTYNA)

J
Jestem z Zimbabwe...

Co do Bueny Airy, to...
Maja tam na przyklad najszersza ulice swiata, po 6 pasow w kazda strone! Prawdziwa udreka dla pieszych, nie da sie dobic do przeciwleglego brzegu na jednym zielonym swietle. Moj rekord to dwie zmiany swiatel, i to w podskokach!!!
Przemierzalam ta cholerna ulice setny raz w poszukiwaniu banku, ktory zrealizuje moje czeki podrozne. W koncu sie udalo. I uwaga, w owym gmachu spedzilam kolejne wieki, ksero paszporu, setki pytan, istne przesluchanie. Juz myslalam, ze bede musiala zostawic odciski palcow i zdjecie. Ale nie, tyle tylko, ze przemili panowie jak uslyszeli moj nr paszportu, ktory brzmi ZE63...doszli do bardzo blyskotliwego wniosku, ze jestem z Zimbabwe!!! I nijak nie zgadzalo im sie to z moim wegierskim obywatelstwem w paszporcie i nijak nie moglam ich przekonac, ze jest inaczej...ba oni to przeciez sprawdzili i w ksiedze kodow i w komputerze i koniec! Wiec ja im powiedzialm, ze jak dla mnie to moge byc nawet z Kambodzy, tylko zeby wyplacili mi w koncu te cholerne pieniadze. I wyplacili. Bo jak spiewa moj ukochany Bob Marley 'You've got to fight for your right...'


Catedral de Tango.

Ostatniego wieczoru wybralam sie do bardzo interesujacego klubu, ktory okazal sie byc 'tangeria'. Juz przed wejsciem zaintrygowal mnie napis nad drzwiami, po hiszpansku oczywiscie :'Rock to nie wszystko'. Wnetrze przypominalo lodzka 'Fabryke', wiec coz, znow powrocilo dziecinstwo...I jak sama nazwa podpowiada, tancem jedynym i najdrozszym bylo tango. Od mlodziezy, po staruszkow, od adidasow po smokingi, laczylo...skupienie na twrzach, lekkie usmiechy i wirujace stopy. Wszystkie kobiety tanczyly z zamknietymi oczami, wspierajac sie lekko na swych partnerach, ufajac im bezgranicznie, oddajac sie w meska laske-nielaske. Tak, tango to moje kolejne wyzwanie i tym razem sie tak latwo nie poddam.
Tak dla jasnosci w Buenos jest wiele 'tangeria', gdzie przychodza pasjonaci tego magicznego tanca. Ale sa tez 'milonga', ktore roznia sie od poprzednich tym, ze tanczy sie tam milongi...i wszystko jasne. Ok., cofnijmy sie troche wstecz. Na poczatku byly milongi, dlugo, dlugo, az przyszli Beatlesi i byl tylko roch'n'roll. Uwaga, tu do glosu dochodza Stany Zjednoczone. Wiec w czasach milongowskiego kryzysu na Broadway wystawiono musical np. "Tango", ktory byl ogromnym hitem i dzieki, ktoremu milongi powrocily do lask. Tyle tylko, ze byly juz tangami, czyli milongami ze wszelkimi akrobatycznymi dodatkami, jak wykopy, szpagaty, podnoszenia itd. Troche to skomplikowane, wiem...Moze tak, konserwatysci tancza milongi, a liberalowie tanga. Amen.


Pachnie Rzymem.
Argentynczycy sa niezwyle wloscy. Nie ma sie zreszta co dziwic, z pradziada na dziada...Strasznie duzo gestykuluja. Podobnie jak Wlosi, ma sie wrazenie, ze jakby im zwiazac rece, to nie powiedzieliby slowa. Sam hiszpanski jest bardzo zwloszczony, po kazdym zdaniu dodaja makaroniarskie 'Eeeeee'. Sa prawdziwymi mistrzami pizzy, past i lodow. Sa narodem (mowa o mieszkancach Buenos, ale to prawie jak kraj) okularow slonecznych i prostowanch u fryzjera wlosow. Mieszkancow charakteryzuje niezwykla elegancja, maja klase. Do tego nalezy dodac swietny design, meble,torebki, buty, zegarki...wszystko to pachnie Wlochami. I ci wszyscy starsi ludzie, dumni, slicznie ubrani, wymalowani i wypachnieni. Jednoczesnie nosza w sobie cala przeszlasc, dostojna, dystyngowana i pelna dobrych manier. Sprawiaja wrazenie, jakby juz tylko zyli dla przyjemnosci, dla smaku porannej kawy, dla wnuczat, dla kolekcji znaczkow. Nie moglam sie oprzec i odwracalam sie za nimi za kazdym razem kiedy mnie mijali.


Wielka woda.
Ale juz sie pozegnalam z Buena Aira i jestem w Puerto de Iquazu. Zeby tu dotrzc odbylam najwspanialsza podroz w zyciu. Autobus wielki, czysciutki, pachnacy. Siedzenia zamienialy sie w lozka (doslownie), a 'kelner', po bardzo smacznej kolacji zapytal: 'Pani zyczy sobie wino, czy wisky?'. Przez glowe przeleciala mi mysl, moze by tak przesiedziec kolejne 3 tygodnie w takich autobusach? Ach, ale nawet jakbym chciala, to nic z tego, bo teraz powoli przesuwam sie na zachod...A tam czlowiek sie cieszy, gdy jego autobusowe siedzenie trzyma sie podlogi, a otwierajace sie okna sa luksusem.
Czas mnie strasznie goni, wiec musze radykalnie przyspieszyc 'wycieczke'. Z tego wszystkiego prosto z drogi wsiadlam w lokalny 'kolektivo' i dawaj nad wielka wode. Co tu duzo gadac, zapiera dech w piersiach. To jest wrecz niepradwdopodobne, ze spokojny, cichutki, niewinny strumyczek zamienia sie nagle w bestie. W ulamku sekundy jest nie do ogarniecia, nie ma dla niego przeszkod, nie ma na niego zadnej sily. Jest panem swojego losu, zupelnie wolny i niezalezny. Nie ma przelozonych, nie ma prezydenta, ani krola, nie ma nauczyciela, nawet mamy nie ma. Robi, co chce, bo jest ogromnym, poteznym wodospadem i caly otaczajacy go swiat musi byc posluszny. Jak mu sie cos nie podoba, to wypluwa jeszcze wiwecej wody, wtedy jest powodz, a potem znow porzadek, znow wszystko po jego mysli. Czlowiek jest taki maly i taki marny przy nim.
Gdzie czlowiek nie spojrzy, pocztowka. Wodospad otaczaja przedmiescia dzunglii amazonskiej, wiec wszedzie wisza zielone plachty. Palmy, potezne paprocie, wilgoc, tukany, mrowkojady, motyle i inne stworzenia. Ale wciaz pierwszoplanowym bohaterem jest woda...ktora spada...
Caluje, a jutro juz bede w Brazylii.

agnesz 2004-08-28 02:19:06
skomentuj (7)
BUENOS AIRES (ARGENTYNA) - ODCINEK DRUGI I OSTATNI...

B.A. jest cudowne, ale strasznie meczace...wyssalo ze mnie wszystkie sily, wiec musze stad uciekac zamin mnie pozre. Jutro wieczorem, kierunek pn., wodospady Iquazu-blizej natury, dalej cywilizacji.
Wrocilam wlasnie z baletu 'Lady Caroline', czy cos takiego...Teatr - Colon, swiatowej slawy, blebleble. Jako budynek, piekny, wielki, patetyczny i niezwykle elegancki. Samaaaa kurtynaaaaa wazy ponad 3 tony (teraz powinniscie zrobic wielkie oczy, to tylko taka mala podpowiedz, dot. interpretacji). Dzis rano go zwiedzalam i...strasznie fajnie mi sie zrobilo, bo na chwile powrocilo dziecinstwo, godziny spedzone na probach, 'niezwykle powazne' rozmowy z garderobianymi i rezyserami i cala ta magia, ktora odnalezc mozna tylko w teatrze. Balet sam w sobie...noooo taki sobie, ale przed wyjazdem z Polski widzialam Bolszoj, a do Rosji Argentynie daleko!!! Choreografia opatrzona, scenografia nedzna, fabula banalna - zdrada i takie tam...Ale przydalo mi sie troszke kultury przez duze K, bo nie czytalam zadnej dobrej ksiazki od wiekow. Opowiadania Marqueza, ktore wzielam ze soba znam juz na pamiec. Mam jeszcze powiesc pewnego meksykanczyka o zawilym imieniu i nazwisku, ale nie jestem w stanie tego czytac. Za kazdym razem mysle sobie, dam jemu (i sobie) jeszcze jedna szanse i czytam 5 stron. Zawsze konczy sie tak samo, mam ochote wyrzucic ksiazke do najblizszego smietnika. Ale wpojony mi szacunek do ksiazki nie pozwala mi. I tak w kolko...Przeintelektualizowana, niespojna, zawila...Na okladce jest napisane :'Ta powiesc wszystko wygrywa albo wszystko traci'...i stracila. Dobra, zeszlam troche z tematu, ale nie mam juz sily pisac nic wiecej. Jak dotre nad wodospady i zbiore rozbiegane mysli to strzele sobie 'podroz sentymentalna' i wtrace kilka slow o Niej, Buenos...bo intryguje. Sciskam.

agnesz 2004-08-26 05:13:14
skomentuj (6)
TANGO WISI W POWIETRZU. BUENOS AIRES (ARGENTYNA)



Kochani, dobilam w koncu do samego serca Ameryki Poludniowej, slawnego Buenos Aires!!! Z checi zaoszczedzenia czasu i pieniedzy znow zdecydowalam sie na nocny autobus...Kilka groszy moze i udalo sie zaoszczedzic, ale cennego czasu nie...Kolejny raz sie przekonalam, ze ludzkiego organizmu nie da sie oszukac. Jedyna rzecza jaka bylam w stranie zrobic po przyjezdzie to...przespac caly dzien i cala noc i...bylam juz znow soba!!!

Ale wracajac do autokarowej eskapady, to bylo calkiem wesolo...Tuz kolo nas siedziala dosc interesujaca gromadka chilijsko-argentynskich dziarskich chlopcow!!! Troche sobie popatrzylam, ale nie zebym duzo wyniosla z naszych konwersacji (dziarskie chlopaki troche przesadzily z pisco-narodowy alkohol peruwianski, 40% i...wymiana mysli nieco na tym ucierpiala).
Jak juz jestem przy newralgicznym temacie meskiej urody musze dodac z przykroscia, ze nieco sie zawiodlam argentynskimi Adonisami. Z konfrontacji argentynsko-chilijskiej, chilijscy panowie wychodza zdecydowanie obronna reka!!!
Ciagnac dalej ten temat...Bylam na jednej imprezce (tylko jednej, bo imprezowanie nie idzie tu absolutnie w parze ze zwiedzaniem, lokale otwieraja o 1 rano, towarzystwo rozkreca sie ok.3 i tak do poludnia nastepnego dnia). Ale do rzeczy, zauwazylam niepokojaca tendencje...Otoz panowie na imprezach najpierw sie przez chwile przygladaja, potem mowia czesc (nie zawsze), a potem caluja!!! I nie sa to bynajmniej przyjazdne calusy w policzek, tym bardziej nie w reke...oni po prostu caluja!!! Ten jakze barbarzynski zwyczaj wykrylam dopiero przy trzecim panu...I musze powiedzic, ze mial pecha, bo jego poprzednicy sprawili, ze bylam naprawde wkurzona...a jakby nie bylo, troche sily mam!!! Ale byla to brazylijska knajpa, wiec moze to taki brazylijski zwyczaj...tak, czy inaczej niezbyt przypadl mi do gustu.
Zeby nie bylo, ze zaniedbuje meska czesc moich 'Kochanych Szalikowcow', Argentynki tez troche mnie zawiodly. No ladne, modne, zrobione, ale bez zadnej rewelacji. Ale moze to dlatego, ze czekalam na cud. Na marginesie, dodam tylko, ze podobno sa niezwykle latwe!!!
Wracajac do samego miasta...
Buenos jest totalnie nie z tej Ziemi!!! To jest miasto z dusza (!!!) ono oddycha, czuje, mysli...po prostu zyje. Troche smutne, nasycone melancholia, nawet bolem... Tango unosi sie w powietrzu, zmyslowosc wiruje nad glowami...Dziwne uczucie mnie tu ogarnia...jest zimno jak cholera, a jednoczesnie caly czas duszno...Tango, tango, tango. Ten taniec jest nieslychany...Ma w sobie tyle prawdy, nie wiedzy...prawdy zyciowej, doswiadczenia, dnia codziennego, a zarazem wyrafinowania. Najlepsi tancerze nie sa ani mlodzi, ani piekni, ani zgrabni...sa nieslychanie prawdziwi. Tancza ze wszystkimi swoimi problemami...obiadami do ugotowania, kochankami, dziecmi, ktore nie chca sie uczyc, bezrobociem, bieda...a jednoczesnie sa tak doskonali w swoim tancu, tak ekskluzywni, nieosiagalni, nieuchwytni... I tak pieknie ze soba w tym tancu rozmawiaja...i tak siebie mocno chca.
Dobra, 80% Buenos to tango, ale jest jeszcze 20%. Ogolnie, jest to najbardziej europejskie miejsce w calej Ameryce Poludniowej, bardzo swiatowe, piekne architektonicznie, ogromne i bardzo roznorodne. Teoretycznie ma 6 mln mieszkancow, z czego ogromna wiekszosc to potomkowie emigrantow wloskich. Makaroniarskie wplywy widac szczegolnie w biedniejszych dzielnicach, gdzie pilka nozna to cale zycie, a Maradona to drugi Bog. Tu tango tanczy sie na ulicach i w kafejkach, a slamsy pomalowane sa w najweselsze kolory swiata. Po drugiej stronie tego kontinuum mamy dzielnice niezwykle bogate (takie ekstremalne skrajnosci sa bardzo typowe dla Ameryki Poludniowej). Na przedmiesciach przypomina to troche Beverly Hills, a w centrum nie zostaje daleko w tyle za Nowym Jorkiem. Miasto z klasa...w powietrzu pachnie kultura, edukacja i podstarzala, ale wciaz pelna uroku arystokracja. Buenos wciaga i porusza, ale jednoczesnie niesamowicie meczy, jak kazde duze miasto...

Musze sie przyznac, ze przeszlam dzis maly kryzys. Po dwoch godzinach bladzenia po miejskiej dzunglii w poszukiwaniu jakiegos cholernego miejsca, ktore zrealizuje moje czeki podrozne, mialam juz wszystkiego dosc. Nie chcialam juz spac w hostelowych lozkach, nosic wciaz tych samych spodni i bluzy, chcialam zjesc pomidorowa mamy i uciec z tego obcego swiata do domu, rodzicow i przyjaciol! Ale udalo mi sie jakos rozladowac te negatywne fluidy, pozbyc sie calej swojej rezygnacji i niemocy. Odzyskalam energie i ciekawosc swiata, zaczelam znow zadawac miliony pytan wszystkim napotkanym ludziom. Wszystko wrocilo do normy i juz mi dobrze...choc potwornie juz Drodzy za wami wszystkimi tesknie.(Na marginesie to dosc dziwne, ze takie podroznicze przesilenie dopadlo mnie w naprawde cywilizowanym miejscu, ale moze to ten halas, ruch i gonitwa, typowe dla molochow miejskich).

Wracajac do bohaterki mojej opowiesci, bo jestem przekonana, ze to Ona, choc brzmi jak On (nie pytajcie dlaczego, to sie czuje, ale wcale nie jestem przekonana, czy wszyscy uwazaja, ze Buenos Aires to kobieta...)
Buenos ma chyba wiecej knajp i restauracji niz mieszkancow. Przesadzam teraz oczywiscie, ale kultura jedzenia w restauracji jest tu totalnie nieslychana. Co dziwne, przed godzina 20 nie ma co marzyc o kolacji...wszystko jest zamkniete. Dopiero wczesna noca miasto budzi sie do zycia i wszyscy, chyba, mieszkancy ida na kolacje do knajpy. Nie dziela sie przy tym na tych, ktorych stac i tych, ktorych na to nie stac. Roznica tkwi tylko w pozimie restauracji i cenniku. Ale to tak przy okazji...Acha i obowiazkowo musi to byc kawal krwawego miecha (paradoksalnie Argentyna jest jednym z najwiekszych ekporterow soji). Skusilam sie na taki krwawy kawal i musze powiedziec, ze da sie zjesc. Ale wciaz jestem wierna fanka empanady-rodzaj wiekszego pieroga z roznymi nadzieniami w kruchym ciescie. I przez panujaca tu miecho-manie jestem skazana na empanady na sniadanie, obiad i kolacje.
To tyle na dzis, ale zabawie tu jeszcze kilka dni, wiec pewnie jeszcze troche ponudze o Niej...

agnesz 2004-08-24 04:45:06
skomentuj (9)
SANTIAGO DE CHILE (CHILE)



Dzis nic szczegolnego nie mam do przekazania, tyle tylko, ze jestem w stolicy jakze europejskiego i jakze drogiego Chile. Nocuje w przemilym hostelu...gdzie internet jest za darmo, wiec nie moglam sie oprzec pokusie, zeby poinformowac wszystkich, ze zyje i mam sie jak najlepiej. Jutro z rana atakuje Argentyne, a pojutrze z rana bede juz oddychac buenos-airowskim powietrzem. Niestety, dostalam info od izraelskich czlonkow naszej nowej rodziny, ze godzine po naszym wyjezdzie z San Pedro de Atacama otworzyli cholerna granice, wiec niepotrzebnie nadrabiamy setki kilometrow. No, ale nie ma tego zlego, co by na dobre nie wyszlo. Kto, wie kiedy znow bede miala szanse odwiedzic stolice Chile...Caluje wszystkich bardzo, bardzo mocno...
Na, dziekuje, ze jestes!!!

agnesz 2004-08-20 07:26:20
skomentuj (6)
UROKI PODROZOWANIA. SAN PEDRO DE ATACAMA
(CHILE)


Zaraz zaleje mnie krew!!! Utkwilam w tej chilijskiej dziurze na zawsze. Mial to byc krotki postoj po drodze do Argentyny...a tu cholera nie mozna sie przebic, bo zasypalo podobno granice i
jest zamknieta. Nie ma rady, natury
sienie przeskoczy. Najgorsze jest to, ze codziennie mowia nam, ze jutro to juz na pewno sie uda, bo prognoza pogody...I przechodze wlasnie dzien swistaka...i slono za to place, doslownie. Smiesznie, bo przez ten 'korek' spotkalam duzo znajomych, ktorych poznalam przez te dwa miesiace w Peru i Boliwii. Dodatkowe plusy - rozkoszni kelnerzy!!! Wlasnie tanczylam z jednym salse, calkiem niezle...Minusy - burze piaskowe. Nie, absolutnie nie sa niebezpieczne, tyle tylko, ze upierdliwe, bo piasek ma to do siebie, ze nie ma dla niego przaszkod. Ale co ja sie dziwie...w koncu jestem na krzyzowkowej pustyni...
No, ale dla mnie nie ma przeszkod...Olewam swoj pierwotny plan i zaraz wsiadam do autobusu do Santiago (jedyne 24h), a stamtad prosto do Buenos Aires (jak dla mnie...to 21h.
Takze ostatnio, sila rzeczy, wirujacy tak szybko wokol mnie swiat zwolnil troszke. Swoja droga nasza miedzynarodowa rodzina powiekszyla sie, wymienilismy Szkotke, na dwoch Izraelczykow. Calkiem z nimi wesolo...


Boliwia (Salar de Ujuni).
Wino uratowalo mi zycie.

Trzy dniowa wyprawa...z Boliwii do Chile. To byl naprawde hardcore!!! Ale wszystko rekompensowala cudna przyroda. Naszym srodkiem teanspoetu byl jeep, nic innego nie wchodziloby w gre...Obraz znienial sie jak w kalejdoskopie. Co pol godziny inny swiat! Zaczelismy od pustyn solnych. Cos zupelnie nieslychanego, jakby cala ziemia kapala sie w mleku. Gdzie nie spojrzec - bialo, a daleko na horyzoncie drapiezne szczyty gorskie, zupelna abstrakcja. Potem zaczely sie pagorki i las, potem znow plasko i kepki traw najrozniejszych, piasek, ziemia, jeziora, formacje skalne (niczym wzorowane na obrazach Salvadora Dahli) - rozne kolory i ksztalty, wszystko senne, nierzeczywiste, posypane surrealizmem. Wszystko tylko na chwile i bezpowrotnie, zeby zrobic miejsce nastepnemu cudowi. Co jakis czas goscilismy na Ksiezycu...Rozkosz dla oczu, dla duszy i pozywka dla wyobrazni. Dobra a teraz gwaltowny powrot na ziemie, w dodatku dosc bolesny. Ponad 4000m i minusowe temperatury nie dawaly o sobie zapomniec. Pierwszy nocleg byl bardzo zimny, ale bylo chociaz swiatlo (miedzy 18-20, ale lepsze to niz nic). Gorzej bylo za drugim razem. Nagle zatrzymalismy sie w srodku niczego i zostalismy poinformowani, ze tu wlasnie spimy. Kilka smutnych, glinianych budynkow, pokrytych jakas sloma, snieg i my...Suuuuuuuper...
Swiatla brak, wody brak, ogrzewania brak. To byla zdecydowanie najzimniejsza noc w moim zyciu. Nie wiem,ile moglo byc stopni, ale rano nie moglam umyc zebow, bo pasta wziela i sie zamrozila! Dwa kocyki i dobranoc. A moj letni spiworek mogl sie zdac, najwyzej na poduszke. Ale przyodzialam wszystko, co mialam w swoim plecaku i dziarsko udalam sie na poszukiwanie czegos procentowego.
Wino uratowalo mi zycie.
Bylo naprawde ciezko, ale warto. Po takich niewygodach, jest sie najwiekszym fanem kazdego aspektu swojego codziennego zycia, a widoki beda mi sie snily do konca zycia...

agnesz 2004-08-18 23:47:31
skomentuj (9)
NIESPODZIEWANIE W CHILE...



Witam Drodzy! Bardzo przepraszam, ale kim jest tajemniczy/cza 'jojo'? Prosze o emaila z rozwiazaniem zagadki. W biurze czeka juz nagroda...


San Pedro de Atacama-Chile.

Jestem wlasnie w San Pedro de Atacama (Chile) i musze powiedziec, ze znalazlam sie tu troche przez przypadek...A Atacama to podobno najbardziej suche miejsce na swiecie (figuruje jako haslo w co drugiej krzyzowce), piekna pustynia, wielkie gwiazdy noca...A poza tym, wielki powrot do cywilizacji. Niesamowite...po przekroczeniu granicy Boliwia-Chile zaczela sie zupelnie inna bajka, nowa historia. Asfalt!!! I to jaki, piekny, rowniutki, ze slicznie wymalowanymi liniami...Ciepla woda!!! To byl moj pierwszy porzadny prysznic od czasu wyjadzu...Normalna kanalizacja!!! Tu moze nie bede wchodzic w szczegoly. Do kanalizacji dodam jeszcze powszechna obecnosc papieru toaletowego w lazienkach, a z tego, co sie zorientowalam w Ameryce Poludniowej, to rarytas!!! Ludzie maja inne spojrzenia, nasuwa mi sie...'bardziej rozumne', ale to niepoprawne...Nie wiem, chyba po prostu nadaja na zachodnich falach. I buzie inne!!! Sliczni chlopcy, zaczyna sie robic ciekawie... W kazdym badz razie miasteczko jest rozkoszne...mocno turystyczne, ale wysmakowane, z artystycznym polotem i hipisowskim duchem. Generalnie kraj ma jeden powazny minus-ceny!!! Boliwia mnie troche pod tym wzgledem rozpuscila i mam chore wrazenie, ze wszyscy chca mnie zrobic na kaske. Z tej wlasnie prostej przyczyny spadam stad pierwszym autobusem do Argentyny, co nastapi dopiero pojutrze. W zastraszajacym tempie kurczy mi sie czas i taki jeden dzien nieplanowanego przestoju komplikuje troche plany. Jeszcze jedna smutna informacja...totalnie nie rozumiem, co Chilijczycy do mnie mowia. Doprowadza mnie to do szewskiej pasji, totalnie inny jezyk. Mam nadzieje, ze w Argentynie bedzie lepiej.
Ale od mojej ostatniej notatki do dnia dzisiejszego sie bardzo duzo wydarzylo!!! O malo co nie umarlam smiercia tragiczna. Choc inni mowia, ze to najlagodniejszy...koniec (Aga mi tu podpowiada, ze najlogodniej to przez sen, ale mniejsza z tym). Mowa tu o zamarznieciu!!! Snieg po pachy, grubo ponizej zera!!! Ale o tym w nastepnym odcinku, bo na sama mysl zrobilo mi sie potwornie zimno.
Poza tym powiekszyla nam sie paczka (Aga, znow mi sie tu wtraca, ze rodzina, ale bez przesady). Podrozujemy z 2 milymi, choc troche pierdolowatymi Angielkami i bojowa Szkotka. Mamy druzyne dziarskich dziewczynek. A ze wzgledu na moja marna, ale zawsze jakas znajomosc jezyka, robie za szefa wycieczki. Aga, podpowiada, ze powoli trace posade, bo ona juz unie policzyc do pieciu. Mam przyplyw glupawki...

agnesz 2004-08-16 01:20:02
skomentuj (9)
ZIELONO MI - RURRENABAQUE (BOLIWIA)


Z sercem w gardle.
Wrocilam wlasnie z 'obozu przetrwania', najpietw 3 dni w pampach, potem dzien w dzunglii...wystarczy.
Z Coroico wsiadlam spokojnie w autobus z mysla, ze za 14 godzin obudze sie w raju. Tyle tylko, ze zamin dotarlam do raju, przeszlam przez piklo...Cale 14 godzin w autobusie doskonale pasuje do mojego opisu 'drogi smierci'...bo to byl dalszy odcinek tej cholernej drogi, ktora przebylam na rowerze. Mielismy dwoch kierowcow-mechanikow (bo autobus zepsul sie z 3 razy) i pana od klaksonu. Pan od klaksonu jest postacia niezwykle wazna. Przed kazdym zakretem, a droga sklada sie z samych zakretow, nalezy w jakis sposob zaznaczyc obecnosc autobusu, co by pan kierowca autobusu z naprzeciwka wiedziel, ze...nie bedzie latwo. I tak oto z sercem w gardle, czy z dusza na ramieniu przesiedzialam 14 godzin...w gotowosci...na wszystko. Bo w Boliwii wszystko sie moze zdarzyc. No, ale nic szczegolnego sie na szczescie nie zdarzylo i po piekielnej nocy znalazlam sie w piknej tropikalnej wioseczce. Jak slowo daje, ze jak wysiadlam z wehikulu, to podeszlam do kierowcy nr jeden i numer dwa, wysciskalam ich serdecznie i podziekowalam za zycie. Pojawil sie kolejny problem... Bylam calkowicie przekonana, ze nie powtorze tej diabelskiej przejazdzki, ale z drugiej strony ilez mozna siedziec w Rurre? Rozwiazanie-samolot! Nie byl planowany...ale tu jest jak najbardziej na miejscu. Swoja droga z lotem tez byly niezle jaja. Przesiedzialam na 'lotnisku' 7 godzin, zeby sie dowiedziec, ze lot jest odwolany. Jest kilka spraw na tym kontynencie, ktorych nie jestem w stanie ogarnac. Chyba dlatego, bo wydaja mi sie totalnie nielogiczne, a z drugiej strony bardzo latwe do rozwiazania. To sa takie male rzeczy, ktorych nie da sie opisac, trzeba je samemu przejsc i wkurzyc sie za pierwszyn, drugim i trzecim razem, a potem juz tylko machnac reka i smiac sie z tego. Ale logika czlowieka z kultury zachodniej nie musi byc wcale logika dla mieszkanca Ameryki Pd. Czym w ogole 'logika'?
Tak, czy siak udalo mi sie w koncu polciec i szczesliwie wyladowalam w La Paz.(Naprawde lubie to miasto...ale nie potrafie powiedziec dlaczego...nie ma zadnego 'logicznej' przyczyny...) Ale tylko przez chwile, bo zaraz wsiadam w nocny autobus do Salar de Uni (pd) i pewnie od samego rana wyrusze na 3 albo 4 dni na pustynie solna. Wiec, prawdopodobnie znow zamilkne na kilka dni.

Rurrenabaque-
Boliwia.

Urocze miejsce, tropikalna wioska, powolne zycie, male problemy, duzo usmiechu, duzo barw, wilgoc, palmy, rzeka. Najpierw 3 dni w pampach-wysokie trawy i nieduzo poza tym. Cala eskapada zaczela sie trzema godzinami w jeepie. Kamienista drozka, wyboje, straszliwy kurz, bezczelnie wdzierajacy sie w kazda szczeline i kierowca Jezus (wciaz nie moge sie przyzwyczaic, ze to zupelnie normalne imie tutaj). Po trzech godzina na czterech kolkach, z napedem na kazde z tych czterech)trzy godzinki w lodce, a potem juz cel- baza wypadowa. Bardzo 'blisko natury', brak pradu, woda pod prysznicem prosto z rzeki. Miala dziwny, bunatny kolor i strasznie cuchnela. Jak kapalam sie tam pierwszy raz, mialam dziwne wrazenie, ze za chwile z prysznica wyskoczy mi aligator. Jak slowo daje, natura wyraznie pobudza moja fantazje. No i zylam sobie tak przez trzy dni, jak Robinson Cruzoe troche. Plywalam po rzece, chodzilam po pampach szukajac anakondy (znalezlismy, ale mniejsza niz na filmie, dacie wiare?), lowilam piranie. Wypatrywalam zwierzat...byly aligatory, trafil sie i kajman (duzo wiekszy bydlak), rajskie ptaki, papugi i inne jeszcze ptactwo kolorowe, weze, piranie, rozowe delfiny rzeczne (urocze zwierzatka) i moje pupilki - capibary. Jakie to stworzenie jest smieszne!!! Biedactwo wyglada troche, jak swinka morska, ale jest duze jak dorodny prosiak. Pyszczek i siersc swistaka. I ma dziwna pupe, jakby nie mial pupy wcale, tylkne nogi za krotkie i nie grzeszy refleksem. Ogolnie jest pierdolowate i godne pozalowania, wiec z miejsca je polubilam.
Z braku czasu do dzunglii wybralam sie tylko na jeden dzien i Bogu niech beda dzieki. Kilka godzin wystarczylo, zeby poznac tajemnice tego gestego i soczystego 'lasu zycia'. Nie moglam nadazyc za przewodnikiem, wiec co chwila sie gubilam. Strasznie wszystko tam zarosniete i na dobra sprawe zlewa sie w zielona plame, na odleglosc wieksza niz 2 metry. W pewnym momencie nasz agencyjny czlowiek lasu powiedzial, ze musimy teraz zostawic plecaki i wszystkie toboly pod drzewem, bo bedziemy szukac dzikich swin. No to zostawilam wszystko. Troche sie poczolgalismy, byly i swinie, czarne i ze zloscia w oczach. Potem przemily pan powiedzial, ze teraz to on nas zostawia na jakies 15 min., bo musi kupe. Co moglam zrobic, zaufalam mu, uwierzylam na slowo. Ale wrocil i wyciagnal nas z tej bezkresnej dzunglii i bezblednie odnalazl plecaki. Ja bym sie tam zgubila na amen po 5 krokach. No, to tyle z mitycznego Parku Narodowego Madidi.

Teraz znow bedzie wysoko i znow bedzie zimno. Poznalam chlopaka, ktory byl na slonych pustyniach 1,5 miesiaca temu i powiedzial, ze dochodzilo do -22C!!! Dam rade, kupilam welniany sweter, znalazlam puchowa kurtke...bedzie dobrze. Caluje.

agnesz 2004-08-12 21:47:25
skomentuj (10)
Z GOR DO DZUNGLII - COROICO (BOLIWIA)


Droga smierci.
Wreszcie cieplo!!! Przezylam zjazd najniebezpieczniejsza droga swiata! Rita tita tita tita, blebleble...Ale milutko bylo. Pobudka o 6, jak codziennie zreszta. A potem caly dzien na rowerach, glownie z gorki na szczescie. Zaczelismy na wysokosci 4300m...w otoczeniu snieznych szczytow Anyjskich. Na poczatku bylo cywilizowanie, jak na boliwijskie warunki, powiedzialabym nawet, ze elegancko. Droga, jak droga, tyle tylko, ze z jednej strony skalna sciana, a zdrugiej przepasc...na moje oka jakies 400m. Ale podobno im wieksze liczby tym, tym gorsza wyobraznia matematyczna, potem juz nie wazne ile jest zer itd.A ja w liczeniu nigdy dobra nie bylam, ale wysoko bylo jak jasna cholera! Pozniej asfalt sie skonczyl i to na dobre. Droga byla zwirowa, pozniej piaskowa. Klimat stopniowo sie ocieplal, a my stopniowo sie rozbieralismy. Lyse slaly zaczely powoli obrastac w drzewa, coraz bujniejsze, bogatsze, zielensze i znalezlismy sie w paszczy boliwijskiej dzunglii. Wraz z ociepleniem towarzyszyly nam tumany kurzu przecinane od czasu do czasu tropikalnymi wodospadami spadajacymi wprost na droge. Bylo cudnie!!!
Na wezszyw partiach musielismy sie zatrzymywac za kazdym razem, gdy przejezdzal jakis samochod. Nie bylo wystarczajaco przestrzeni dla pojazdu i biednego rowerzysty...Droga smierci, jak latwo jest sobie wyobrazic uslana jest krzyzami. Zastanawiajace, ze prawie przy wszystkich stoja swieze kwiaty. Probowalam dojsc, dlaczego najniebezpieczniejsza i dlaczego tyle o to krzyku. Moze dlatego, bo jak juz wypadek, to zawsze smiertelny! Statystyki mowia, 100 osob traci zycie rocznie pokonujac te 80km!

Coroico.

Strasznie drogi tu Internet!!! Panuje smutna zaleznosc, im mniejsza dziura, tym drozszy Internet (przebitki 5 krotne).Ale siedze dzielnie i pisze, bo jutro lece dalej na pn i planuje zaszyc sie w dzunglii...moze na tydzien.
A w Coroico jest bardzo milo. Mieszkancy sa tacy, jacys zupelnie normalni. Duzo czarnych i duzo salsy!!! U mnie dochodzi 22.00, a cale miasto szaleje. Petardy, orkiestra, pochody, a w kazdej dloni kij, a na kiju uroczy, swiecacy lampionik w barwach narodowych. Wyglada to bajecznie, jakos tak mi przychodza na mysl krasnoludki, te od Sniezki. Dzien niepodleglosci, ale musze juz konczyc, bo mi lokal zamykaja. Chcialam jeszcze dodac, ze Boliwia wcale nie jest taka straszna, jak sie slyszy. Czuje sie tu dosyc bezpiecznie, a rozsadek mnie nie opuscil.

agnesz 2004-08-06 04:24:21
skomentuj (4)
PIERWSZE KROKI W BOLIWII


Tyle sie przez te dni wydarzylo, ze nie wiem o czym pisac? Moze zaczne o tego, ze jestem juz w Boliwii, na wysokosci 3700m i dopada mnie od czasu do czasu choroba wysokosciowa...Myslalam, ze po Cuzco nic mnie juz nie ruszy, a tu niespodzianka...
Jakies 5 dni temu dobila do mnie Agatka. Biedna, zeby dostac sie do Cuzco musiala zaliczyc 7 krajow, a nie bylo to w planie... Pierwsze, co mi powiedziala, jak mnie ujrzala : "Agi, k.... ,dzieki Bogu, ze ty sobie w tym roku Panamy nie wymyslilas, bo tam jest teraz pora deszczowa. Ja bym tego nie zniosla!" Choc tu tez nie jest biedaczce latwo, bo bardzo cierpi przez wysokosc. Ale od jutra bedzie juz tylko z gorki.
Aga bedzie mi towarzyszyla do konca podrozy, ale bede pisala bloga w l. poj., bo tak mi wygodniej.
Cofne sie troche wstecz...


Puno-Peru.

Z Cuzco skierowalam sie do Puno (pd-wsch), ktore lezy nad jednym z najwyzej polozonych jezior swiata. Puno samo w sobie bylo nudne i nie czulam sie tam zbyt bezpiecznie. W nocy wyjrzalam przez okno i zobaczylam grupke malych dzieci palacych ogromne ilosci smieci pod naszym hotelem. Jak kazdy "prawdziwy" turysta pomyslalam sobie-zrobie im zdjecie...I zrobilam! Nie wzielam tylko pod uwage, ze dzieciaki moga zauwazyc flesz w aparacie. Oczywiscie zauwazyly. Ale sie wsciekly...Takie male brzdace...moze po 9 lat. Nie wiem skad w takich malych dzieciach tyle agresji. I zaczely sie liczne epitery, przeplatane tylko "gringa". Potem chlopcy wpadli na swietny pomysl, ze podpala hostel, w ktorym mieszkamy...Ale po paru minutach wyszedl stroz i zabawa sie skonczyla.
Titicaca-zjawisko...blekitna, przejrzysta woda wszedzie gdzie spojrzec, a w tle osnizone szczyty Andow. Z Puno wybralam sie w rejs na dryfujace wyspy. Na takiej plywajacej wyspie mieszka ok.12 rodzin w domach z trzciny. Tam wszystko jest z trzciny...sama wyspa takze...I najprawdziwiwsi indianie Aymara tam mieszkaja.

Copacabana-Boliwia

Z Puno uderzylam do Boliwii!!! Kilka osob ostrzegalo mnie przed tym krajem, ze niebezpiecznie, ze miejscowi nienawidza turystow, ze zimno jak cholera itd. Ale niskie ceny mnie przyciagnely! Na razie jest cudownie!!! Przemili mieszkancy, mniej nachalni niz w Peru, mniej wkraczajacy w prywatna przestrzen czlowieka. I uwaga, hit sezonu-samochody zatrzymuja sie na widok pieszych (przynajmniej, co piaty)!!!
Pierwszym boliwijskim miasteczkiem byla Copacabana, takze lezaca nad Titicaca. Bo Titicaca to ogromne jeziorsko, wieksze nawet od najwiekszego na swiecie Balatonu! W Copacabana znow wielka impreza. Tym razem ku czci Virgen de co??? de Copacabana. Strasznie to dziwne, bo w darze dla Najswietszej Panienki sklada sie plastikowe samochody, zabawkowe domy z ogrodem, sztuczne pieniadze (dolary naturalnie), karty kredytowe!!!(nie wiem, czy w Copacabana jest chociaz jeden bankomat).
W przykoscielnej kapliczce zapalilam za Was wszystkich swiece...duzo swiec...zeby duzo szczescia bylo!!!
Potem, oczyscilam sie ze wszystkich grzechow swiata...teraz chyba troche przesadzilam, wchodzac na terytoriu Jezusa Chrystusa... Moze nie ze wszystkich, ale ze swoich na pewno. Razem z miejscowymi odbylam droge krzyzowa na Golgote...na bardzo stroma gore. Zajelo mi to ok. godziny, bo za przykladem Boliwijczykow stawalam przy kazdej stacji i wrzucalam podniesiony z ziemi kamien na usypana gorke. Widok z gory byl warty wysilku, no i jestem teraz znow biala i czysta... Nie jestem romantyczna osoba, zachod slonca kojarzy mi sie z tania, tandetna pocztowka lub powiscia "Harlekin", ale to bylo to!!! Cos pieknego!!! A do tego miejscowi zarliwie sie modlacy przed figura Virgen, calujacy ja po stopach, dloniach, palacy dla niej i tylko dla niej swiece. I liczne stragany ze...szczesciem. Bo przeciez wystarczy usiasc przed takim panem, ktory ma stragan ze sprzyjajaca Fartuna i powiedziec w jakiej sferze zycia przydaloby sie troche wiecej sprzyjajacego losu. Potem pan od szczescia wsypuje cos do kadzidla, macha kilka razy dookola poszukiwacza szczescia, posypuje czyms glowe, cos mamrocze i zalatwione!!!


La Paz-Boliwia.

A teraz siedze w La Paz i walcze z nidoborem tlenu. Miasto lezy w dolinie a nad jego panorama wznosi sie jeden, samotny, ale jakze dzielny w tej swojej samotnosci osniezony i grozny szczyt gorski. La Paz nie jest wieksze od Wa-wy, ale chyba gesciej zaludnione. Ciezko sie chodzi po ulicach, trzeba prowadzic wieczna wojne o kazdy skrawek chodnika i jezdni. Duzo ludzi, straszny halas, spaliny, a jakos mi tu dobrze...Tylko od czasu do czasu serce mi troche szybciej wali, jak widze chlopcow czyszczacych buty...Tu nie sa to dzieci, nie sa tez nachalni. Raczej tajemniczy i troche smutni. Mysle, ze sa to dorastajacy mezczyzni. A jest to tylko przypuszczenie, poniewaz ukrywaja sie pod oslona kominiarek i czapek baseballowych. Nie widac nawet ich oczu. Jest to ucieczka przed spolecznym ostracyzmem, a niechlubny zawod jest czesto jedynym srodkiem utrzymania calej rodziny. Generalnie, mam wrazenie, ze Boliwijczycy sa bardziej dumni od Peruwianczykow...bardziej honorowi. Tu targowanie sie to sztuka, raczej panuje zasada "Nie kupujesz, mam cie w dupie". Maja chyba wiecej prawdy w sobie...
La Paz przypomina troche San Fransisco, miasto tonie we wzgorzach, co dodaje mu tylko uroku. Mysle, ze to miejsce sie albo uwielbia albo nienawidzi. Szary odcien nie istnieje, jak w amerykanskich filmach...I tak spedzilam caly dzien wloczac sie po waskich uliczkach. Z rewelacji...chyba rynek czarownic. Mozna tam kupic wszystko, co zdeklarowani "katolicy" skladaja w darze Pachamama-matce ziemii, gdy susze, gdy przymrozki lub prewencyjnie zeby dobre plony byly. Miedzy innymi: wysuszone plony lany (wysuszone, owlosione male lamki tez), rozne ziola, cukierki kolorowe ulepione z modeliny, ciasteczka, wino, piwo, pisco, figurki ropuch - chyba dyskretna prosba o kaske (bo ropuchy i pieniadze ida tu w parze), wypchane jezozwierze i rozne male Inkaskie figurki. Nabylam kilka takich amuletow, parka na szczescie w milosci (przyda sie!!!), sowa na wiedze, gwiazda na pozytywna enargie, kondor na szczesliwe powroty do domu i takie tam jeszcze...
Jutro juz sie stad wynosze, bo czasu malo, a kontynent taki wielki!!! Ach zapomnialam tylko dodac, ze przez przypadek trafilam do izraelskiego hostelu. Wszystkie napisy po hebrajsku. Jak troche wyteze umysl to po hiszpansku zrozumiem, ale na hebrajski nie ma szans! Jutro jade na calodniowa wycieczke rowerowa-zjazd najniebezpieczniejsza droga swiata, z La Paz do Coroico!!! To zastanawiajace, ze gdzie sie czlowiek nie ruszy tam cos naj.... na niego czeka. Myslalam, ze tylko Stany Zjadnoczone maja naj-manie, ale nie... Tak wiec, chcialam tylko powiedziec, ze nie wiem, czy najniebezpieczniejsza na swiecie...moze taka droga jest gdzies daleko i zaden turysta nie ma o niej zielonego pojecia? W kazdym razie niezly chwyt reklamowy, a dla mnie dobry sposob zeby zmierzyc sie z wlasna przeszloscia i wlasnymi lekami. No i jak juz pokonam wszystkie leki i slabosci zostane w Coroico, bo stamtad blizej do dzunglii. Caluje i przypominam, ze zyje i tesknie! Dzieki Hubert za wsparcie.

agnesz 2004-08-05 04:04:33
skomentuj (6)
TO I OWO - PERU


Kochani! Wybaczcie, ze slad sie po mnie urwal na tak dlugo, ale...choroba mnie znowu zmogla. Nieasamowite jak cielo ludzkie potrafi opasc z sil z chwili na chwile...No, ale juz przegonilam wszystkie zarazki, bakterie i goraczke i jestem znow wsrod zywych. Koniec szkoly!!! Koniec pracy!!! Witajcie wakacje!!!
Mam przeczucie, ze jutro opuszcze Peru na jakis czas, a chcialabym jeszcze opowiedziec wam o kilku sprawach...
Ulice.

Ciezko mi na nie spojrzec swiezym okiem, ale wspomnienie pierwszego wrazenia kaze mi napisac o 3 rzeczach:
-szaleni kierowcy! Panuje tu absolutne prawo dzungli - "Jestem wiekszy, mam pierwszenstwo." Pieszy nie ma tu zadnych praw, jedynie posiada prawo do ucieczki i ekspresowego przebiegania jezdni. Szczerze mowiac, nie przypominam sobie, zeby kiedykolwiek, jakikolwiek przemily pan kierowca byl tak uprzejmy i zatrzymal swoj rozpedzony samochod, widzac mnie stojaca przy jezdni.
-dziury! Moze i brzmi to troche trywialnie, ale tutejsze dziury to powazna sprawa. Bo to nie sa takie sobie tam dziury, tylko ogromne, glebokie, ciemne i zimne dziurzyska kanalizacyjne, czy co takiego... Trzeba patrzec pod nogi, nie ma co!
-bezpanskie psy! Sa zawsze i wszedzie. Gdzie nie spojrzysz, tam napewno zobaczysz bezpanskiego psa albo duzo bezpanskich psow. Nie mialam z nimi nieprzyjemnych doswiadczen, nigdy nie daly mi powodu do strachu...Ale podobno jakby co...(to zabrzmi okrutnie) to nalezy rzucic kamieniem w "obok psa", bo nie w psa wcale i wtedy prawdziwy zly pies sie przestraszy i ucieknie, bo pomysli, ze to w nigo...i slusznie. Taka jest teoria.

Rodzina.

Moje doswiadczenie z rodzinami nie jest duze (2 rodziny), wiec wnioski moga byc nieco naciagniete. Ale...kultura kolektywna jest tu duzo bardziej widoczna niz u nas. Rodziny sa wieksze, jej czlonkowie czesto sie odwiedzaja, a co wiecej odwiedziny te zdaja sie sprawiac prawdziwa przyjemnosc stronie odwiedzanej.
W Peruwianskiej rodzinie wszystko robi sie wspolnymi silami.Jak zepsuje sie, nie daj Boze, kran w lazience, cala rodzina leci zaradzic. Mlodsza corka idzie na urodziny do kolezanki, cala rodzina debatuje, co by tu kupic. Co jutro na obiad - glosowanie. Zepsul sie samochod, trzy...cztery...wszyscy do garazu.
Wydaje mi sie takze, ze dzieci maja tu wiekszy szacunek do swoich rodzicow. Ale moze trafilam na takie akurat dzieci lub na takich akurat rodzicow...
Dorastajace dzieci nie chca sie wyprowadzac z domu. Slyszalam tez o przypadkach dobudowania dodatkowego pietra do domu rodzicow przez dorosle juz dzieci, ktore zalozyly wlasne rodziny. A u nas...mieszkasz z tesciami? Juz po malzenstwie!

Matchismo!!!

Problem matchismo...moj ulubiony temat. Kultura matchismo nie rzuca sie tu specjalnie w oczy. Na pewno jest mniej popularna niz np. w Meksyku. Tutaj mezczyzni na ulicy nie zaczepiaja obcych kobiet... Mam dobre pytanie : Czy istnieje jakas zaleznosc pomiedzy poziomem matchismo, a iloscia zaczepek adresowanych do kobiet, w danym krju? Mysle, ze tak...moze kiedys uda mi sie przeprowadzic takie badanie i wyciagnac naukowe wnioski...
Rozmawialam z kilkoma mlodymi kobietami, mieszkankami Cuzco. Powidzialy mi, ze sytuacja sie poprawia i coraz mniej kobiet walczy o wzgledy zdradzajacych je mezczyzny. Coraz mniej wyraza milczaca zgode na bycie bita. Mysle, ze paradoksalnie, kryzys ekonomiczny pomaga kobietom wyzwolic sie spod wladzy mezczyzn. Pracujesz, przynosisz pieniadze do domu, utrzymujesz rodzine, masz prawo glosu!!! W poznanych przeze mnie rodzinach panuje raczej rownouprawnienie niz patriarchat... i na pewno nie matriarchat!!!
Jesli chodzi o caly czar i niezla scieme, ktore sa atrybutami kazdego, prawdziwego matchisty...Moge tylko powiedziec, ze jest to chyba pierwszy odwiedzony przeze mnie kraj, w ktorym mezczyzni nie pozostaja z tyle za polskimi panami jesli chodzi o szarmancosc i rycerskosc wobec kobiet!!! Ooo, jak taki Peruwianczyk sobie upatrzy jakas dziewuche, to zrobi wszystko zeby ja zdobyc!!! Biedne Amerykanki totalnie wymiekaja, nie wiedza kompletnie jak sie zachowac, gdy ktos traktuje je jak kobiety. No i zakochuja sie tu biedactwa na zaboj, porzucajac swoich amerykanskich chlopcoe i narzeczonych, chca sie przeprowadzac... Coz, czar i sciema latino lovera maja potezna sile (pozdrawim serdecznie moje kochane przyjacioleczki, cytujac Juniora).

Emblemat.

Nabawialm sie nowego emblematu!!! Nie wim za bardzo jak wam, go opisac...Dobra, mam!!! Wyciagnijcie przed siebie prawa dlon. Zegnijcie wszystkie palce oprocz wskazujacego. Zacznijcie energicznie machac osamotnionym palcem, prawo-lewo-prawo. Jednoczesnie odchylcie lekko glowe troche do tylu, troche w lewa strone. To znaczy-"nie!" To samo, co nasze "nie" glowa. Strasznie sie zaczelam smiac, jak sie zorientowalam, ze mi sie tak porobilo. I wcale nie musialam caly czas odmawiac, zeby weszlo mi to w krew, bo ten emblemat jest tu tak popularny jak oddychanie. Mam nadzieje, ze nie nabawie sie wiecej dziwnych nawykow...


Zamykaja mi internet, ale obiecuje, ze juz nie zapuszcze tak nigdy swojego bloga. No, chyba, ze mnie znowu cos z nog zwali, ale juz chyba wystarczy.

agnesz 2004-08-02 05:05:18
skomentuj (4)
OJEJ



Wszyscy krzycza, ze robie byki!!! Coz ortografia nigdy nie byla moja majmocniejsz strona...Teraz jestembardzo zestresowana i chyba juz nic nie napisze...Albo raczej zwyczajnie to oleje...W koncu nikt nie jest doskonaly...
Tak, czy inaczej bardzo wszystkich przepraszam i prosze o przymruzenie oka. W koncu liczy sie tresc, a nie forma, czy nie?
Pozdrawiam Makarona, ktory ¨zamontowal¨ mi tego bloga i dziekuje, bo jeszcze nie mialam okazji.
Pa Kochani
agnesz 2004-07-23 02:37:38
skomentuj (12)